Zamknij

Historia Sopotu. Część III: kurort w peerelowskiej rzeczywistości

21:00, 28.05.2021 | Piotr Pelczar
REKLAMA

30 marca 1945 roku, w czasie gdy nad Gdańskiem wciąż unosił się dym z dopalających się ruin, do Sopotu przybyła delegowana grupa ludowych działaczy partyjnych, by przejąć w mieście władzę administracyjną. Ponad stusiedemdziesięcioletni niemiecki okres historii miasta dobiegł końca, a Sopot, jak i cały obszar Wolnego Miasta, włączony został do Polski.

Pomimo zaistniałych zniszczeń, na tle pogrążonego w ruinach Gdańska, miasto jawiło się jako niemal nietknięte, stanowiąc doskonałe miejsce do organizowania życia na terenie wyzwolonego Pomorza. Sopot stał się więc początkową siedzibą władz wojewódzkich i wielu innych instytucji, jak choćby Urzędu Morskiego. Ulokowano w Sopocie również placówki szkolnictwa wyższego – Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych i Wyższą Szkołę Muzyczną. Dzięki niewielkim zniszczeniom działalność kulturalną rozpoczęła tu też Filharmonia Bałtycka oraz Teatr „Wybrzeże”.

[ZT]8517[/ZT]

Wszystko dla wszystkich. Kurort też

Niewątpliwie ogromnym atutem miasta był jego potencjał mieszkaniowy. Bardzo wiele okazałych sopockich kamienic zostało bowiem opuszczonych przez swoich dawnych rezydentów, którzy uciekli na zachód przed zbliżającymi się oddziałami Armii Czerwonej. Wciąż też trwała w mieście akcja wysiedleńcza, która do 1 listopada 1946 roku przyczyniła się do wydania aż 550 nakazów opuszczenia Sopotu. W efekcie, puste sopockie mieszkania stały się wkrótce domami dla tysięcy przybywających na Pomorze przesiedleńców, z których większość podejmowała pracę na terenie wciąż odbudowywanych Gdyni i Gdańska. Czekając cierpliwie na przydział, lub zrywając z drzwi pieczęcie Urzędu Bezpieczeństwa, nowi przybysze zajmowali obszerne mieszkania i urokliwe wille, w których jeszcze przez długie dziesięciolecia miał unosić się duch byłych niemieckich właścicieli. Znaczne rozmiary sopockich mieszkań, liczących nierzadko po cztery, pięć pokoi, umożliwiały władzom ich podział komunalny, a w konsekwencji stworzenie nawet większej liczby lokali niż przed wojną. Stymulowało to szybki przyrost liczby mieszkańców. Już w pięć lat po wojnie sopocka społeczność była liczniejsza niż ta z roku 1939. W mieście żyło wówczas aż 36 tysięcy ludzi. Tak dynamiczny proces zaludniania Sopotu podważył jednak jego naturalne zróżnicowanie społeczno-przestrzenne, które kształtowało się na przestrzeni wieków. Nie najlepiej usytuowani, najczęściej bardzo młodzi ludzie, których przyszłość w nowej, powojennej rzeczywistości stała pod znakiem zapytania, zajmowali nawet najbardziej prestiżowe i najlepiej zlokalizowane mieszkania. W ten sposób sopockie centrum (podobnie jak urokliwe wille) przestało być domeną ludzi względnie majętnych.

Choć elitarny charakter sopockiej społeczności uległ po wojnie sporej degradacji, to placówki kulturalne i szkolnictwa wyższego sprawiały, że obok tysięcy repatriantów, licznie przybywali do Sopotu także artyści. Byli wśród nich plastycy, muzycy i literaci. Wraz z nowymi instytucjami i zakładanymi stowarzyszeniami, takimi jak choćby Związek Literatów Polskich, nadawali miastu charakter ośrodka kultury i szkolnictwa wyższego, przyczyniając się do utrzymania specyficznego miejskiego indywidualizmu. W ten sposób pomogli przetrwać miastu okres stalinowskiej władzy, nie pozwalając, by Sopot zmienił się w senną nadbałtycką mieścinę. Czas artystów miał jednak dopiero nadejść.

Mimo iż kosmopolityczna historia miasta nie pasowała raczej do wymogów nowej komunistycznej rzeczywistości, to uroda i legenda Riwiery Północy pozostawała po wojnie ogromnym atutem Sopotu i niezaprzeczalną szansą na jego rozwój. Już w pierwszym powojennym sezonie letnim, odkładając na bok gorzkie wspomnienia wojny, starano się dbać o estetykę miasta. Przystąpiono do porządkowania rumowisk po zniszczonych budynkach, zakładano kwietniki. Uroki Sopotu szybko docenili przybywający tu na wypoczynek towarzysze partyjni i wojskowi. Z polecenia szczególnie częstego gościa, Bolesława Bieruta, anulowano nawet wstępną decyzje o rozbiórce mola, którą ówcześnie podjęto ze względu na charakter tego obiektu jako symbolu niemieckiej przeszłości. W socjalistycznym ustroju nadbałtycka miejscowość nie mogła jednak wrócić do korzeni i na powrót stać się kurortem elitarnym – „w robotniczym państwie, zmierzającym do powszechnego dobrobytu, wszystko musiało być dla wszystkich”. Sopot miał więc wejść wkrótce na nową ścieżkę rozwoju wiodącą go ku obliczu turystyki masowej.

W 1946 roku otwarto linię tramwajową łączącą Sopot z Gdańskiem. Umożliwiło to tysiącom Sopocian dojazd do pracy, a wszystkim gdańszczanom łatwy dostęp do miejsca, w którym mogli wypoczywać i cieszyć się oferowanymi atrakcjami. Już w pierwszych latach po wojnie Sopot oferował bowiem liczne wydarzenia kulturalne, które choć tworzone często pod dyktando urzędników partyjnych, to urozmaicały powojenne życie Pomorza. Na przykład czwarty z kolei Festiwal Sztuk Plastycznych zorganizowany w nowo powstałym Centralnym Biurze Wystaw Artystycznych, odwiedziło w roku 1951 aż 150 tysięcy osób. W rok później, w czasie gdy Sopot zyskał już połączenie elektryczną koleją z sąsiednim Gdańskiem, odrestaurowane molo umiliło czas ponad 929 tysiącom spacerowiczów. Liczby te zdają się oddawać skalę odradzającej się popularności Sopotu jako kurortu w latach 50-tych, mimo tego zaplecze hotelarskie i gastronomiczne miasta pozostawiało w tamtych czasach ogromnie wiele do życzenia. Na przyjezdnych obok słynnego Grand Hotelu czekały jedynie znacznie mniej ekskluzywne hotele Dworcowy i Wanda oraz sopocki Dom Turysty. Główną atrakcję miasta stanowiły plaże i malownicze widoki na zatokę, z drugiej strony odradzało się życie kulturalne, przypominające o kosmopolitycznym charakterze Sopotu. Spacerujący po sopockich ulicach, szykanowani przez komunistyczną prasę bikiniarze przypominali, że w piwnicach i na poddaszach sopockich kamienic dojrzewała już nowa kultura popularna, która wkrótce miała wyjść z ukrycia, by rozlać się na cały kraj i przywrócić miastu nad Bałtykiem jego dawną rangę.

Sopot po Bierucie

Fot. FoundIn_A_Attic - Flickr -  Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)

12 marca 1956 roku zmarł Bolesław Bierut. Wraz z jego odejściem zelżał znacząco żelazny stalinowski terror, który przez jedenaście lat skutecznie tłumił wszelkie przejawy kojarzonego z Zachodem indywidualizmu. Dla artystów nastał czas swobodniejszej ekspresji, przejawem czego był zorganizowany latem w Sopocie Międzynarodowy Festiwal Muzyki Jazzowej. Wydarzenie to sprawiło, że miasto spontanicznie wypełniły radosne tłumy żywiołowo bawiących się ludzi. Obok nowej muzyki z cienia wychodziły także inne formy działalności artystycznej, jak choćby kierowany przez Zbyszka Cybulskiego Teatrzyk Bim-Bom, a Sopot znalazł się w centrum zainteresowania całego kraju.

Na zorganizowanym w roku następnym Festiwalu pojawiły się już elementy muzyki, która, głównie za sprawą młodzieńca z Memphis, podbijała serca całego zachodu. Rock & Roll zawitał do Polski właśnie przez Sopot i choć na początku lat sześćdziesiątych prym wśród rezydujących w słynnym SPATIF-ie artystów wciąż wiódł jazz, to nowy gatunek muzyczny robił błyskawiczną karierę. Już w roku 1961 powstał w Sopocie NON-STOP – z początku zaledwie prymitywny brezentowy namiot, w którym nie podawano nawet napojów alkoholowych. Miejsce to szybko obrosło jednak legendą, a występujący w nim między innymi Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni, Czesław Niemen, czy Czerwone Gitary, uczynili z NON-STOP-u kolebkę polskiego rocka i big beata.

W tym samym roku, w którym położony nieopodal wejścia na molo namiot zaczął huczeć nową, zwariowaną jak na owe czasy muzyką, w głowach kilku warszawiaków, między innymi Władysława Szpilmana, narodził się pomysł zorganizowania w Sopocie kolejnej wielkiej imprezy muzycznej. I tak I Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie rozpoczął się w sierpniu 1961 roku, błyskawicznie urastając do miana cyklicznej imprezy będącej kulminacją i zwieńczeniem sezonu letniego. Stał on się PRL-owską kontynuacją przedwojennego Festiwalu Wagnerowskiego, lecz dzięki transmisjom radiowym i telewizyjnym, obejmującym wiele krajów bloku wschodniego, stał się wydarzeniem masowym, dodatkowo promując Sopot jako letnią stolicę Polski. Niewielka miejscowość nad Bałtykiem kontynuowała w ten sposób swoją przedwojenną tradycję miejsca modnego, w którym dobrze było bywać. Na grandhotelowskiej plaży, nieopodal tłumów zwykłych ludzi, wylegiwali się Andrzej Wajda, Kalina Jędrusik czy Zbyszek Cybulski. Często odwiedzali też Sopot towarzysze Gomułka i Cyrankiewicz, a także generałowie Jaruzelski i Moczar.

Sny o potędze

Fot. FoundIn_A_Attic - Flickr -  Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)

W czasie gdy festiwale sławiły Sopot, a liczba spragnionych wody i słońca turystów zwiększała się z roku na rok, jasnym stało się, że miasto nad Bałtykiem powinno obrać odpowiednią dla nadmorskiego kurortu drogę rozwoju. Z tego względu już 21 sierpnia 1959 roku Rada Ministrów zdecydowała, iż Sopot winien odejść od swej funkcji ośrodka mieszkalnego dla Gdańska i Gdyni, by skupić się głównie na rozwoju funkcji uzdrowiskowo-wypoczynkowej, skierowanej dla turystów z Polski i zagranicy. Z miejsca przystąpiono do modernizacji łazienek południowych, w dolnej części ulicy Bohaterów Monte Cassino wmurowano zaś kamień węgielny pod budowę kombinatu gastronomicznego „Alga”. W roku 1963 sopocki „Monciak”, który za czasów Bieruta upamiętniał swą nazwą marszałka Konstantego Rokossowskiego, został wyłączony z ruchu samochodowego, stając się słynnym na cały kraj deptakiem. Cztery lata później ruszyła budowa nowego kompleksu plażowo-gastronomiczno-rozrywkowego, Łazienek Północnych. Szanse na jeszcze poważniejsze inwestycje i szersze wcielenie w życie ministerialnych planów, pojawiły się w momencie dojścia do władzy Edwarda Gierka. Napędzany gigantycznymi pożyczkami, budowlany boom początku dekady przyczynił się do przygotowania w roku 1971 planów ogromnej przebudowy sporej części Sopotu. W ramach projektu zakładano stworzenie nowego centrum miasta, które, po uprzednim wyburzeniu starych budynków, powstać miało na terenie dzisiejszych ulic Grunwaldzkiej, 3 Maja, Chopina i Władysława IV. Wzdłuż ulicy Bitwy pod Płowcami planowano budowę centrum rozrywkowo-turystycznego z sanatoriami, basenami, boiskami, pawilonami klubowymi i wesołym miasteczkiem. Na terenach wyścigów konnych powstać miał zaś ośrodek wypoczynkowo-świąteczny, wraz ze stadionem na 80 tysięcy widzów. Realizacji w pierwszej kolejności doczekały się jednak projekty mieszkaniowe z wielkiej płyty. Powstawały one na nowym osiedlu Brodwino, a także w wielu innych miejscach Sopotu, w których wolna przestrzeń pozwalała na wstawienie betonowych pudeł. Ambitne plany inwestycyjne epoki komunistycznej poważnie zagrażały estetyce miasta i zyskiwały przeciwników dostrzegających rażący kontrast między unikatowym historyzującym secesyjnym stylem zabudowy, a ogarniającym miasto modernizmem. Niemniej jednak, plany te były sopockim snem o potędze, a przyszłość miasta w kolorowym początku PRL-owskiego okresu prosperity wydawała się świetlana jak nigdy przedtem. Ponadto, dzięki szczelności granic socjalistycznego świata, omijał Sopot los jaki spotkał nadmorskie kurorty Wielkiej Brytanii, które w tamtym czasie przegrały wyścig do słońca z ośrodkami wczasowymi Morza Śródziemnego. Dla zachłyśniętego życiem na kredyt społeczeństwa, Perła Bałtyku początku lat 70-tych była wymarzonym miejscem na urlop dla wszystkich niemal grup społecznych.

Koniec złudzeń?

Fot. FoundIn_A_Attic - Flickr -  Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)

Pęd ku budownictwu i ciągłemu polepszaniu statystyk przez oddawanie do użytku nowych obiektów usunął na bok palące potrzeby remontu ogromnej liczby szybko niszczejących sopockich budynków. W końcu lat 70-tych ponad 2500 z nich przedstawiało katastrofalny stan techniczny. Niewątpliwie przypominało o sobie zbyt przypadkowe rozmieszczenie w mieście powojennych repatriantów, którzy na przestrzeni lat, wobec braku środków finansowych, nie potrafili dopomóc w uchronieniu swych domostw przed degradacją. Blask Perły Bałtyku począł niknąć w oczach. Wielkie plany budowy nowego centrum w ogólnym rozrachunku okazały się (może i na szczęście) utopią, a wiele spośród zrealizowanych sopockich inwestycji zakończyło się całkowitą klapą. Dolny Monciak szpeciła Alga, w parku północnym straszył spóźniony swoim powstaniem o epokę żelbetonowy moloch Łazienek Północnych, zaś całe miasto, od podwórek, aż po najbardziej reprezentacyjne ulice, wypełniła masa nijak pasujących do czegokolwiek parterowych przybudówek. W majestatyczną niegdyś przestrzeń miejską wdarł się chaos, a sypiące się wille i kamienice przedstawiały ponury widok. Na domiar złego, wobec skażenia wód zatoki mazutem, zamknięte zostało kąpielisko, a w pozbawionym dawnych rzesz turystów mieście zrezygnowano nawet z organizacji Festiwalu Muzycznego. W ciągu zaledwie kilku lat z Perły Bałtyku Sopot zaczął stawać się zapuszczonym, nieco obskurnym miasteczkiem. Wielka była w tym wina wprowadzonego w 1981 roku stanu wojennego oraz reglamentacji towarów i rosnących cen. Sopot padał ofiarą polityki, która przez poprzednie dekady była jego protektorem.

Po trzech latach bezruchu, w lipcu roku 1983, podniosła się wreszcie znad miasta gęsta mgła stanu wojennego. Borykając się z problemami finansowymi, podupadły kurort przystąpił do modernizacji ulicy Monte Cassino i remontu najdłuższego drewnianego mola Europy. Czasy były już jednak inne. Kiedy obok słynnych sopockich „Delikatesów”, prywatyzacji doczekał się festiwal, a w Grand Hotelu znów zakręciła się ruletka, jasnym stało się, że przełom nie może być daleko. Zbliżał się rok 1989, po blisko 45 latach jedna historia kończyła się, by ustąpić miejsca następnej.

Fot. FoundIn_A_Attic - Flickr -  Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)

Przez cały okres ludowej rzeczywistości, pośród kształtujących Sopot wydarzeń, toczyło się zwykłe życie codzienne jego mieszkańców. Borykano się z problemami, jakim czoła stawiać musieli wszyscy mieszkańcy miast, istniały jednak też inne, wyłącznie lokalne. Zgiełk sezonu i rozwijające się życie nocne dawały się we znaki mieszkańcom centrum, którzy co rusz stosowali do władz prośby o interwencje. Starzejące się pokolenie pierwszych powojennych „kolonizatorów” zaczynało mniej przychylnie patrzeć na rozwój masowej turystyki. Choć odnajmując kwatery i prowadząc małą, nie zawsze legalną działalność sporo Sopocian było w stanie nieco na przyjezdnych zarobić, to zdaje się, że turyści nie byli tu jednak nigdy tak mile widziani jak na Podhalu, a wielu mieszkańców postrzegało ich bardziej jako zawadę niż dobrodziejstwo. Nieraz zażenowanie i złość musiał zastępować ironiczny śmiech, kiedy tysiące przyjezdnych ogałacały nienajlepiej zaopatrywane miejskie sklepy, a kolejki do sąsiadującej ze SPATIF-em lodziarni Włocha Oronzo de Marco sięgały połowy Algi.

Sopocka społeczność, choć stanowiąca konglomerat ludzi pochodzących z najróżniejszych stron i środowisk, była początkowo dość zżyta, a przynajmniej każdy mniej więcej każdego kojarzył. Szybko rosnąca populacja, która w roku 1977 osiągnęła rekordową w historii miasta liczbę 54 500 osób, zmieniła ten stan rzeczy, ale wciąż były w Sopocie indywidualności, które znali wszyscy. Oto pomiędzy skąpanymi w słońcu plażowiczami przeciskał się z nartami na ramieniu Parasolnik, za 1-majowymi pochodami z flagą amerykańską biegał Peter Konfederat, zaś w stronę SPATIF-u płynął majestatycznym krokiem zamyślony George Kanada. Najsłynniejszego z całej trójki Parasolnika zapamiętano dzięki groteskowemu wyglądowi, jako aktora jednoosobowego teatru absurdu odgrywanego na głównych ulicach miasta w latach 60-tych i 70-tych. „Nadmorski błazen i kolorowy motyl, odbity w krzywym zwierciadle socjalistycznej rzeczywistości” – pisali o Parasolniku Wojciech Fułek i Roman Stinzing – Wojnarowski. Niewiele mniejszym wydarzeniem był piszący przy swoim kramiku wiersze na zamówienie Peter Konfederat, znany wszystkim także z zamiłowania do militariów i rubaszności. George Kanada wsławił się zaś głównie swoim ekscentrycznym wyglądem „wujka z Ameryki” i ponadnaturalnymi zdolnościami do picia piwa, był on zarazem poetą, a jego wiersze zyskały nawet uznanie w pewnych kręgach literackich. Oryginały, artyści, niebieskie ptaki, niezwykłe osobistości. Ludzie ci nie tylko ubarwiali życie kurortu, współtworząc jego klimat, ale ułatwiali mieszkańcom identyfikację ze swoim miastem i jego życiem.

[ZT]8284[/ZT]

(Piotr Pelczar)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (3)

a jak nazwiecie obeca jak nazwiecie obec

1 0

era burdeli krótkoterminowch? 21:01, 29.05.2021

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

jak nazwieciejak nazwiecie

1 0

część poświęconą obecnej rzeczywistości sopotu? era postprlowska burdeli krótkoterminowych booking kom? 21:02, 29.05.2021

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

dluzej klasztora, nidluzej klasztora, ni

0 0

Obecnie to jest w Sopocie wszystko, tylko nie kurort na poziomie. Smutne to jest, ale sami zesmy sobie na to pozwolili. W latach 60tych na niedzielny spacer po molo ludzie szli z rodzinami wystrojeni, a dzisiaj to ..... szkoda gadac ! 10:43, 30.05.2021

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
0%