W sobotnie przedpołudnie Park Hestii w Sopocie stał się miejscem spotkania kilku pokoleń czytelników. Plener Czytelniczy Hestii połączył rozmowy z autorami książek nominowanych do Nagrody Literacka Podróż Hestii z warsztatami, muzyką i rodzinnym wypoczynkiem. Ze sceny padały pytania o dorastanie, lęk, samotność i potrzebę akceptacji, a poruszane tematy przenosiły się także poza przestrzeń spotkań autorskich. Przez kilka godzin cały park wypełniały rozmowy, warsztaty i wydarzenia skupione wokół książek.
Od godz. 10 Park Hestii przy ul. Bitwy pod Płowcami 66 odwiedzały rodziny z dziećmi, nastolatki oraz dorośli czytelnicy. Część uczestników zajmowała miejsca przed plenerową sceną, inni od razu kierowali się do stanowisk warsztatowych i stref przygotowanych na terenie parku.
Program wydarzenia przygotowanego przez Fundację Artystyczna Podróż Hestii obejmował rozmowy z autorami i osobami związanymi z literaturą dla dzieci i młodzieży. Towarzyszyły im między innymi parkowa gra literacka, warsztaty journalingu, tworzenie kosmicznej biżuterii, szydełkowanie zakładek, wykonywanie podpórek pod książki, zmywalne tatuaże oraz zajęcia ruchowe.
W południe na scenie wystąpiła Klaudia Daliva. Koncert odbył się w ramach współpracy ERGO Hestii z festiwalem Inside Seaside. W upalne przedpołudnie dużym powodzeniem cieszyły się także przygotowane dla uczestników lody, lemoniada oraz miejsca odpoczynku. Udział we wszystkich punktach programu był bezpłatny.

Pierwszą rozmowę zatytułowaną „Kumple z podwórka – przyjaźń, śmieszki i sprawy na serio” prowadziła Weronika Wawrzkowicz. Jej gościniami były Joanna Olech, autorka nominowanego „Ziomka”, oraz Aleksandra Pakieła, członkini kapituły NagrodyLiteracka Podróż Hestii.
Spotkanie dotyczyło relacji rówieśniczych, szukania własnego miejsca w grupie oraz książek, które potrafią opowiadać o trudnych doświadczeniach bez moralizowania. Rozmówczynie wracały również do lektur zapamiętanych z dzieciństwa.
Joanna Olech wskazała klasycznego „Kubusia Puchatka” z ilustracjami Ernesta H. Sheparda. Aleksandra Pakieła wspominała zaś między innymi literaturę Astrid Lindgren, choć przyznała, że w przypadku „Kubusia Puchatka” mocniej zapamiętała animowaną adaptację.
– Ale to jest generacyjne. Po prostu jedni czytali takie książki, a inni inne – odpowiedziała Joanna Olech.
Prowadząca zapytała także zgromadzonych dorosłych, czy sięgają po książki dla dzieci dla własnej przyjemności, a nie tylko po to, by czytać je najmłodszym. Reakcja publiczności pokazała, że dziecięca metryka bohatera czy młody odbiorca wskazany na okładce nie muszą ograniczać grona czytelników.
Aleksandra Pakieła opowiedziała również o swojej pierwszej pracy w kapitule Literackiej Podróży Hestii. Do szóstej edycji konkursu zgłoszono 104 tytuły, z których wybrano pięć nominowanych książek.
Pakieła przyznała, że do obrad przygotowała notatki i arkusz z ocenami. Szybko okazało się jednak, że dyskusji o literaturze nie da się sprowadzić wyłącznie do punktów i tabel.
– Same obrady przebiegały burzliwie, ale później wszyscy poszliśmy na obiad. Kapituła rozstała się w zgodzie, może tak – mówiła.
Joanna Olech, która pracowała w kapitule w poprzednich latach, potwierdziła, że jurorzy potrafią zdecydowanie bronić swoich faworytów. Zaznaczyła jednak, że mocne argumenty innych osób niejednokrotnie prowadziły do zmiany wcześniej wyrobionej opinii.
Wśród nominowanych znalazły się: „Choćby na księżyc” Agnieszki Dąbrowskiej, „Dom na odludziu” Anny Onichimowskiej, „Kto by nie chciał mieć psa?” Marty Guśniowskiej, „Wylinka” Wita Szostaka oraz „Ziomek” Joanny Olech.

Kolejne spotkanie, „Tajemnice na strychu – dreszczyk, śmiech i wielkie odkrycia”, zgromadziło na scenie Annę Onichimowską i Wita Szostaka. Autorzy opowiadali o budowaniu niepokoju, literackich tajemnicach i różnicy między realnym zagrożeniem a strachem przeżywanym podczas lektury.
– Nie lubię się bać w życiu. Kiedy jest jakiś niepokój, to mnie to zżera, bo wiem, że to jest realne zagrożenie. Natomiast kultura daje tę wspaniałą możliwość bania się z takim dystansem – mówił Wit Szostak.
Jak zauważył, czytelnik może zaangażować się w historię i naprawdę przeżywać emocje, ale jednocześnie wie, że ma do czynienia z fikcją i po zamknięciu książki opuści przedstawiony w niej świat.
Anna Onichimowska mówiła natomiast o postaciach, które podczas pracy nad książką potrafią wymknąć się pierwotnym założeniom autorki.
– Bardzo lubię, kiedy bohaterowie mnie zaskakują. Oni lepiej ode mnie wiedzą, w którą stronę chcą iść. I wtedy mam uczucie, że ta historia się naprawdę dzieje. Ja chcę, żeby oni poszli w prawo, a oni idą w lewo. Mówią: „Nie, nie, nie” – opowiadała.
Wit Szostak rozwinął ten wątek, mówiąc o zaufaniu do tworzonych postaci.
– Ja też bardzo ufam bohaterom i wydaje mi się, że bohaterowie są, choć zabrzmi to trochę pretensjonalnie, mądrzejsi od pisarzy – stwierdził.
Wyjaśniał, że postać rozpisana jedynie jako zestaw cech pozostaje papierowa. Dopiero uważne śledzenie jej zachowania, wypowiedzi i wcześniejszych decyzji pozwala stworzyć wiarygodnego człowieka, zamiast zmuszać bohatera do realizowania sztywnego planu.
Tytuł „Wylinki” stał się pretekstem do rozmowy o zrzucaniu starego pancerza i przemianie towarzyszącej dorastaniu. Wit Szostak opowiadał także o prawdziwych wylinkach pozostawianych przez zwierzęta, w tym przez raka, którego hodował w akwarium.
Pusta skorupa zachowuje kształt zwierzęcia, które wcześniej się w niej znajdowało. Podobny obraz przemiany pojawia się w książce. Wyrastanie z dawnych ról nie oznacza, że poprzednie doświadczenia całkowicie znikają.
Anna Onichimowska wróciła z kolei do „Dzieci z Bullerbyn” i literackiego domu, w którym sama chciałaby kiedyś zamieszkać.
– Tam było cieplutko, rodzinnie. Mimo że ta rodzina była biedna, było super. Te dzieci miały kapitalne zabawy. Zawsze mogły liczyć na dziadka, na babcię. To była taka rodzina z prawdziwego zdarzenia – mówiła.
Motyw domu był ważny również w jej nominowanej powieści „Dom na odludziu”. Bohaterowie trafiają do miejsca pełnego niedopowiedzeń, którego właściciel zabrania im wchodzenia na strych. Rodzinna historia stopniowo łączy się tam z tajemnicą wcześniejszych mieszkańców.

Ostatnim punktem głównego programu była rozmowa z Przemkiem Staroniem, psychologiem, edukatorem, autorem książek i Nauczycielem Roku 2018. Spotkanie poświęcone roli literatury w życiu młodych ludzi szybko przerodziło się w osobistą opowieść o dorastaniu, poszukiwaniu własnej tożsamości i potrzebie bycia zauważonym.
Staroń wracał do lektur, które pozwalały mu wyjść poza narzucony obraz świata i odnaleźć historie bliskie własnym doświadczeniom. Wymienił między innymi „Anię z Zielonego Wzgórza”, „Władcę Pierścieni”, serię o Harrym Potterze oraz „Alchemika” Paula Coelha.
– „Alchemik” dał mi takie poczucie: życie nie musi się kończyć wraz z kryzysem psychicznym, może za rogiem jest światło – mówił.
Jak tłumaczył, książki pomagały mu „zaglądać za zasłonę rzeczywistości” i podważać przekonanie, że wartość człowieka zależy przede wszystkim od ocen, osiągnięć, stanowiska czy popularności. Zwracał uwagę, że presja ciągłego działania i porównywania się z innymi może odciągać od tego, co naprawdę istotne, czyli autentycznego życia i bliskich relacji.
Szczególnie osobisty charakter miało wspomnienie okresu, gdy jako nastolatek próbował zrozumieć swoją orientację i znaleźć własne miejsce w świecie.
– Ja, 14-letni Przemek, który już wiedział, że jest gejem, myślałem sobie: „Jestem jakimś błędem systemu”. A potem okazało się, że może wcale tak nie być. To, co uważasz za wybrakowanie, może być twoim najpiękniejszym, świecącym z ciebie światłem – opowiadał.
Przywołał też nauczyciela wychowania do życia w rodzinie, który podczas jednej z lekcji powiedział, że nieszczęśliwie zakochany uczeń powinien spotkać się z większą wyrozumiałością. Pedagog nie znał sytuacji Staronia, ale jego słowa padły w chwili, gdy nastolatek czuł się coraz bardziej samotny i nie potrafił otwarcie mówić o swoich uczuciach.
– On tym jednym zdaniem zrobił most. To był komunikat: „Nie jesteś sam. Nie wiem dokładnie, co przeżywasz, ale jest tu jeden dorosły, który wie, że jest ci ciężko” – wspominał.
Podkreślał, że podobne znaczenie mogą mieć pozornie drobne gesty, takie jak uśmiech, okazane zainteresowanie, podanie komuś wody czy zwykłe powiedzenie, że dobrze go widzieć. Dla osoby przeżywającej trudny czas bywają one sygnałem, że ktoś dostrzega jej obecność i poważnie traktuje jej problemy.
– My nigdy nie wiemy, dla kogo staniemy się światłem – zaznaczył.
Gość pleneru mówił również o terapii i uczeniu się życzliwości wobec samego siebie. Jako dziecko i nastolatek wyobrażał sobie starszego brata, który mógłby otoczyć go opieką. Dopiero w dorosłości zrozumiał, że sam może stać się taką postacią dla swojego młodszego „ja”.
– Pomyślałem: „To zawsze byłem ja”. To wyobrażenie starszego brata było Przemkiem z przyszłości, który przytula Przemka z przeszłości – mówił.
Przekonywał, że przyjęcie siebie nie oznacza bezkrytycznego zachwytu nad każdym swoim działaniem. Chodzi raczej o uznanie, że własne emocje i istnienie nie są powodem do wstydu. Tak budowana wewnętrzna równowaga pozwala później wspierać również innych.
Do dyskusji dołączyła Ola, niespełna 16-letnia licealistka i stała uczestniczka pleneru, obecna na wydarzeniu od sześciu lat. Zwróciła uwagę, że pragnienie przynależności może dawać poczucie oparcia, ale bywa też źródłem zachowań krzywdzących osoby słabsze lub odrzucane przez grupę.
– Akceptacja z jednej strony jest czymś wspaniałym, z drugiej to jedna z podstawowych potrzeb człowieka. Ale ma też ciemną stronę, bo ludzie potrafią zrobić bardzo wiele, żeby zostać zaakceptowani. (...) Wykluczanie jest bardzo, bardzo bolesne – mówiła Ola.
Jej wypowiedź skierowała dyskusję ku zaufaniu i tworzeniu warunków, w których nastolatki mogą mówić o swoich przeżyciach bez obawy przed ośmieszeniem. Staroń zaznaczył, że młodzież potrzebuje dorosłych gotowych przede wszystkim słuchać, zamiast od razu wydawać sądy i proponować gotowe rozwiązania.
Pomocna może być również literatura, ponieważ pokazuje, że inni ludzie mierzą się z podobnymi pytaniami, lękami i poczuciem osamotnienia. Pozwala rozpoznać własne doświadczenia w losach bohaterów, nazwać trudne emocje i przekonać się, że nie trzeba przeżywać ich w pojedynkę.
– Nie jesteśmy sami. Świat nie jest łatwy. Ale są w nim ludzie, którzy promieniają światłem i dają nam poczucie, że może nie być tak źle – podsumował.
Przez cztery godziny książki były w Parku Hestii nie tylko tematem kolejnych spotkań. Stawały się pretekstem do wspólnych zajęć, rodzinnych rozmów oraz bezpośrednich spotkań czytelników z autorami. Sopocki plener połączył swobodną, piknikową atmosferę z tematami, których nie da się zamknąć w lekkiej rozmowie o wakacyjnych lekturach. Ze sceny mówiono o samotności, wykluczeniu, rodzinie, kryzysach psychicznych i potrzebie akceptacji, ale także o humorze, przygodzie i zwykłej przyjemności płynącej z czytania.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu esopot.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz
Czy strzelnica powinna działać obok osiedli?
Ja rowniez.
Jola
09:54, 2026-06-24
Sopot - z wioski rybackiej w jeden z najpiękniejszych k
Piękne zdjęcia ,ale niedługo molo będzie rozjeżdżone przez rowerzystów służby pracują do 15:00 a 23.06.26 18:30 19:30 około 20 osób na rowerach jadącychz salonem między między spacerowiczami, w tym 9 osobowa wycieczka bez komentarza
Sopot1
08:01, 2026-06-24
Sopot spokojniejszy niż dawniej?
Jaki spokój? Jaki porządek?? Krótki wynajem dalej nieuporządkowany. Hotel nie zwraca uwagi i nie ucisza gości imprezujacych przez cały dzień aż do białego rana, pomimo że zakłócają spokój okolicznym mieszkańcom?? Art. 51 KW Remont Pułaskiego i Bema zakończony 30 dni temu. Bema już zarzygana w kilku miejscach na odcinku między Sztosem i Tapasem. Ciekawe kto to posprząta i za czyje pieniądze??? W trakcie 9 miesięcznego remontu zostały m.in. zamontowane stojaki rowerowe przy Pułaskiego 9, ale tuż przed otwarciem Pułaskiego kostka w tym miejscu została szybciutko zryta i miejsce zamienione na rabaty z nasadzeniami roślin. Niecały miesiąc po hucznym oddaniu Pułaskiego, położona dużym wysiłkiem i nie za małe pieniądze kostka, została miejscowo zryta pod nowe stojaki dla rowerów przy Pułaskiego 4, 100m od wcześniejszej lokalizacji przy Pułaskiego 9.. Przecież to się kupy nie trzyma. Kto za to zapłacił?? A specjalna kostka za miliony monet, z której wykonane zostały "fragmenty nawierzchni wykonane z kostki granitowej, które w naturalny sposób skłaniają kierowców do ograniczenia prędkości i zwiększają bezpieczeństwo mieszkańców" nie skłania nikogo i niczego do ograniczenia prędkości, a na pewno nie pędzących przez Pułaskiego aut. Na Pułaskiego w dalszym ciągu nielegalne parkowanie na lewo i prawo pomimo specjalnego restrykcyjnego dostępu i czerwonej strefy. Ile kasy nie spływa z tego tytułu do budżetu miasta, bo Straż Miejska ma za mało patroli??? Straż Miejska zarobiłaby na dodatkowych kilka etatów tylko z tego nielegalnego parkowania na Pułaskiego. Ale to się trzeba tym zainteresować p. Prezydentko, p. Komendancie Straży Miejskiej, p. Dyrektorze ZDiZ i posłuchać tego co mówią mieszkańcy. Wybory już niedługo. Wybierzcie mądrze nasi włodarze, żebyśmy my mogli właściwie wybrać przy kolejnych wyborach.. Dostaliście od nas duży kredyt zaufania w ostatnich wyborach. Udowodnijcie, że dokonaliśmy właściwego wyboru głosując na Was. Ps. Pomimo, że ich nie popieram, to jakoś szczególnie nie dziwią mnie ataki Wieśka, Krzyśka czy ich wierchuszki na Was, skoro podajecie się im tak na srebrnej tacy..
Mieszkaniec
23:32, 2026-06-23
Czy strzelnica powinna działać obok osiedli?
osobiście nie mam nic przeciwko strzelnicy
SŁAWEK
22:38, 2026-06-23