Ostatnie wydarzenia z Trójmiasta – śmierć setek ptaków w wyniku ptasiej grypy oraz wycieńczonej foki na dryfującej krze w Sopocie w lutym 2026 roku – to tragiczny obraz tego, jak współczesne środowisko naturalne zderza się z cywilizacją. To dowód na to, że dotychczasowa strategia "biernej obserwacji natury" w zderzeniu z anomaliami pogodowymi i postępującą synurbizacją zwierząt, przestała działać. Samorządy i władza centralna stoją przed wyborem: albo bierzemy odpowiedzialność za zwierzęta, albo oddajemy im część przestrzeni.
Styczeń i luty 2026 roku przyniosły nad Bałtykiem powrót surowej zimy, o jakiej zdążyliśmy już zapomnieć. Dla fauny, która w ostatnich dekadach przystosowała się do coraz łagodniejszego klimatu, był to wstrząs. Bilans jest tragiczny: wychudzona foka umierająca na oczach spacerowiczów przy sopockim molo oraz ponad 100 martwych ptaków (łabędzi, gęsi, mew), które padły ofiarą ptasiej grypy, a ich organizmy, osłabione mrozem, nie podjęły walki.
[ZT]39455[/ZT]
Zwierzęta w Polsce i na świecie od dekad podlegają procesowi synurbizacji (adaptacji dzikich populacji do warunków miejskich). Jak wskazują klasyczne badania nad ekologią miast (m.in. prof. Macieja Luniaka), zwierzęta te zmieniają swoje zachowanie: zmniejszają dystans ucieczki przed człowiekiem, rezygnują z naturalnych migracji i uzależniają się od cieplejszego mikroklimatu miast oraz pokarmu dostarczanego przez ludzi (tzw. subsydiów pokarmowych).
Zwierzęta przystosowały się do lżejszych, bezśnieżnych zim. Kiedy jednak uderza nagły, potężny kryzys pogodowy – taki jak obecne silne mrozy i opady śniegu w styczniu i lutym 2026 roku – populacje te są całkowicie bezbronne. Ptaki, które w naturalnych warunkach odleciałyby na południe, zostają na zamarzniętych plażach Sopotu, odcięte od naturalnych źródeł pożywienia.
Nauka zna termin niedopasowania fenologicznego. Zwierzęta dostosowują swoje cykle życiowe i metabolizm do zmieniającego się klimatu. W Polsce od lat obserwujemy łagodne zimy, co sprawia, że wiele gatunków nie gromadzi tak potężnych zapasów tłuszczu jak dawniej lub zmienia strategie migracyjne. Gdy nagle – jak w 2026 roku – uderza silny mróz i pojawia się zlodowacenie, zwierzęta te wpadają w pułapkę.
W przypadku foki z Sopotu, wolontariusze Błękitnego Patrolu WWF odnotowali "wyraźne wychudzenie". Choć śmierć jest naturalnym elementem ekosystemu, w kontekście komentarzy sugerujących, że zwierzęta te miałyby szansę przeżyć przy lepszym dostępie do pokarmu, warto przywołać podstawy bioenergetyki. Zwierzęta stałocieplne w warunkach stresu termicznego (mróz) zużywają drastycznie więcej energii na termoregulację. Jeśli deficyt kaloryczny (brak pokarmu/ryb) zbiegnie się z ekstremalnym chłodem, szanse na przeżycie spadają niemal do zera.
W kontekście tragicznego pomoru ptaków w Sopocie pojawiają się głosy, że zwierzęta te poradziłyby sobie z chorobą, gdyby miały łatwiejszy dostęp do pokarmu, a mróz byłby mniejszy. Nauka w dużej mierze potwierdza tę zależność, choć z ważnymi zastrzeżeniami dotyczącymi samego wirusa.
Zgodnie z badaniami nad ekofizjologią, stres środowiskowy (nagłe spadki temperatur, brak pożywienia) aktywuje u dzikich zwierząt oś podwzgórze-przysadka-nadnercza (HPA), co prowadzi do wyrzutu hormonów stresu. Długotrwały stres drastycznie obniża wydolność układu immunologicznego. Ptaki osłabione głodem stają się znacznie bardziej podatne na śmiertelne skutki zakażenia wirusem wysoce zjadliwej grypy ptaków (HPAI). Ułatwiony dostęp do naturalnego pokarmu z pewnością zwiększyłby ich szanse na przeżycie samej infekcji.
Należy jednak sprostować jedną kwestię – mniejszy mróz nie wyeliminowałby wirusa. Badania wirusologiczne (m.in. publikowane w Applied and Environmental Microbiology) dowodzą, że wirusy ptasiej grypy doskonale znoszą niskie temperatury. W zamarzniętych odchodach, wodzie czy osadach dennych w temperaturze bliskiej 0°C wirus może przetrwać w stanie zakaźnym od kilku tygodni do nawet kilkunastu miesięcy. To nie sam mróz wzmacnia wirusa, lecz osłabia jego nosicieli.
W przypadku foki szarej (Halichoerus grypus) zmarłej na sopockiej krze, musimy spojrzeć na fakty naukowe z nieco innej perspektywy. Choć wycieńczenie i choroba zwierzęcia mogły być powiązane z trudnościami w zdobyciu pokarmu w zimowym Bałtyku, to sama obecność mrozu i lodu nie jest dla tego gatunku anomalią – jest biologiczną koniecznością.
Gatunek jest ewolucyjnie przystosowany do zimna. Co więcej, bałtyckie foki szare potrzebują pokrywy lodowej do rozrodu. Badania (np. Decreasing Ice Coverage Will Reduce the Breeding Success of Baltic Grey Seal) pokazują dramatyczne statystyki: śmiertelność młodych fok rodzonych na lądzie wynosi aż 21,1%, podczas gdy na lodzie zaledwie 1,5%. Na lodzie foki rodzą się cięższe i zdrowsze, z dala od drapieżników i patogenów lądowych (oraz stresogennej obecności ludzi czy psów).
Dramatem foki w Sopocie nie był więc sam mróz, ale najpewniej choroba, wycieńczenie i postępująca degradacja stabilnych środowisk lodowych na Bałtyku w wyniku ocieplenia klimatu, która zmusza te zwierzęta do szukania azylu w zatłoczonych, miejskich obszarach przybrzeżnych.
[ZT]39047[/ZT]
Polityka państwa i samorządów (takich jak Sopot) musi ulec drastycznej zmianie. Tradycyjne metody "zostawienia natury samej sobie" nie sprawdzają się w środowisku, które człowiek już bezpowrotnie przekształcił. Istnieją dwie poparte naukowo ścieżki.
Zwierzęta zapłaciły najwyższą cenę za próbę dostosowania się do naszego świata. Czas, aby nasze prawo i miejska infrastruktura zaczęły wreszcie dostosowywać się do nich.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu esopot.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz