Zamknij

Sopot we wspomnieniach Andrzeja Szymborskiego. "Przed molo to były ruiny" [WIDEO]

17:30, 10.03.2022 | P.S.
REKLAMA

Fot. materiały Muzeum Sopotu

Historie opowiadane przez mieszkańców naszego miasta bywają jak istne wehikuły czasu. Dzięki nim możemy poznać Sopot taki, jakim był jeszcze kilkadziesiąt lat temu. To często nieoczywiste przedstawienia miasta, których nie znajdziemy nigdzie indziej i właśnie z tego powodu warto do nich wracać. Tak też jest w przypadku opowieści pana Andrzeja Szymborskiego, który w 2016 roku podzielił się swoją opowieścią, uczestnicząc w projekcie "Sopocianie" realizowanym przez Muzeum Sopotu.

Materiał archiwalny z 2016 roku.

Urodziłem się w końcu lutego 1940 roku we Lwowie. Mój ojciec, Stanisław, był wykładowcą na Politechnice Lwowskiej, asystentem prof. Bartla. Ze Lwowa przeprowadziliśmy się do Tarnowa. Ojciec na początku 1945 roku pojechał do Lublina i tam, w ekipie prof. Eugeniusza Kwiatkowskiego, w delegaturze ds. wybrzeża, zjawił się w Sopocie na początku kwietnia.

Ja z mama Ireną i młodszym bratem Krzysztofem przyjechaliśmy do Sopotu w lipcu 1945 r. Zamieszkaliśmy w willi na Mickiwcza 14.

Na mnie i na moim bracie ogromne wrażenie zrobiło molo, zwłaszcza, że gdzieś tak w połowie był wbity w molo statek żeglugi pasażerskiej.

[ZT]8345[/ZT]

Plac przed molo to oczywiście były ruiny: hotelu Werminghoff, góry kasyna spalona, wszystko w ruinie. Oprócz placu przed molem, z ruinami, spalona była jeszcze narożna kamienica na ulicy Kościuszki i Chopina. Dalej, na ul. Podjazd też było spalone, a na placu przed kościołem św. Jerzego, też wszystko w gruzach. Jeszcze mosty – dwa mosty w Sopocie były ustawione prostopadle do torów: jeden Mały Podjazd, drugi przy wylocie Stalina do Orłowa.

Wielkie wrażenie na mnie zrobiła ogromna ilość zieleni i stawów w Sopocie. Chodziłem do Szkoły Podstawnej nr 1 na ul. Stalina i na mojej trasie pierwszy taki stawek był na ul. Krasickiego. To był duży stawek i zawsze idąc próbowaliśmy zahaczyć o to miejsce. Dalej duży staw był na ul. 3 Maja, tam gdzie kiedyś był młyn. Kolejny stawek był u wylotu ul. Kopernika.

Ponieważ moi oboje rodzice pracowali to żeśmy z bratem spędzali dużo czasu szwendając się po dzielnicy, po okolicy. Szczególnie utkwiło mi w pamięci jezioro przed Operą Leśna. W tym jeziorze był utopiony samochód i my, brodząc w tym jeziorku, natknęliśmy się na skrzynkę z amunicją karabinową. Z tamtych rejonów pamiętam jeszcze charakterystyczne resztki toru saneczkowego i skoczni narciarskiej koło Łysej Góry.

Pamiętam też wyprawy na rynek w Sopocie. Pierwszy rynek był na tyłach obecnego wydziału ekonomii Uniwersytetu, którego dach był wtedy spalony. Na rynku było wszystko, ja najbardziej pamiętam mnóstwo takich ciekawostek jak porcelana. Pójście na rynek to było prawie jak wyprawa po muzeum.

W Sopocie była pętla tramwajowo – trolejbusowa, pętała tramwajowa była wyżej, trolejbusowa niżej.

[ZT]2440[/ZT]

Nie pamiętam, która to zima: czy z 1945 / 1946, czy z 1946/1947, była taka mroźna. Cała zatoka była zamarznięta, a na redzie stały statki, do których ludzie piechota szli i odbierali paczki UNRA. W skład paczki wchodziło głównie jedzenie, puszki z magazynów wojskowych w kolorze oliwkowym z fasolą, kukurydzą, jakieś tłuszcze, mięso…

Jeszcze utkwiło mi w pamięci Wzgórze Olimpijskie, wzgórze, na którym teraz jest cmentarz żołnierzy radzieckich. Wtedy oczywiście nie było tego cmentarza. Tam był jakiś pomnik ku czci nie wiem kogo, bo napis był po niemiecku. My się wspinaliśmy na ten pomnik.

Dużo czasu spędzałem w lesie. Las sopocki wtedy to były okopy, bunkry, poryte…

Myśmy dużo czasu z bratem i kolegami spędzali w lesie: bawiliśmy się w podchody – nie podchody, bo tych okopów i bunkrów było tyle…. Znajdowaliśmy hełmy, resztki karabinów, to były nasze ogromne zdobycze, podchodziliśmy do nich z wielką atencją.

Wychodząc z lasu do mojej dzielnicy jeszcze pamiętam ulicę Żeromskiego, która była cala obsadzona czereśniami. Tam, gdzie dziś jest osiedle Mickiewicza, były pola, gdzie się pasły krowy.

Na msze chodziliśmy do św. Jerzego, a po kościele była tradycja: na ciastka do Gajewskiego. Monte Cassino była wybrukowana kocimi łbami, Nie chodziliśmy na peryferie Sopotu, raczej tak od nas, z Mickiewicza na dół do molo, to była nasza ulubiona trasa.

Tekst udostępniony na licencji CC-BY.
Pierwotne miejsce publikacji: Muzeum Sopotu / sopocianie.muzeumsopotu.pl

[ZT]12002[/ZT]

(P.S.)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%