Zamknij

"I tak odstawiony chodziłem do Non Stopu". Sopot we wspomnieniach Jerzego Borowskiego

09:45, 19.06.2022 | © Muzeum Sopotu, Projekt Sopocianie. Tekst: Aleksandra Kozłowska
REKLAMA

Muzeum Sopotu prowadzi projekt naukowo-badawczy "Sopocianie" opisujący dzieje miasta i jego mieszkańców. Poniżej prezentujemy jedno ze wspomnień, które ukazało się pierwotnie w Encyklopedii Sopocian, będącej częścią wspomnianego projektu. Zachęcamy Państwa do zapoznania się również z innymi materiałami muzealnymi dostępnymi w wersji cyfrowej na stronie sopocianie.muzeumsopotu.pl.

_______

Materiał archiwalny.
Tekst: Aleksandra Kozłowska
© Muzeum Sopotu, "Projekt Sopocianie"

Dżinsy z Pewexu, buty „z podłogą”

- To był rok 1948. 30 maj, niedziela, 9 rano – zaczyna opowieść Jerzy Borowski. - Sopot, ul. Kasprowicza 7. Słychać płacz dziecka. To ja przychodzę na świat.

Na nasze spotkanie przyniósł trochę pamiątkowych zdjęć. Fotografii niemowlęcia, jakim był w 1948 r. w kopercie nie ma, ale jest małe zdjęcie z około półrocznym Jureczkiem stojącym w wiklinowym łóżeczku i śmiejącym się radośnie. Na innym bobas siedzi w niskim wózeczku na małych kółkach. Obok dumni rodzice: Bolesława i Jan Borowscy; eleganccy, w długich płaszczach i kapeluszach. Rodzina na niedzielnej przechadzce. Kolejna fotografia: kilkuletni Jureczek w krótkich spodenkach stoi na schodkach rodzinnego domu. Ufnie patrzy w obiektyw.

[ZT]13414[/ZT]

Cysorz to ma klawe życie…

- Ulica Kasprowicza, gdzie się urodziłem i wychowałem jest w Górnym Sopocie, pod samym lasem. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze przedwojennej willi. Z mojego okna roztaczał się piękny widok na Zatokę Gdańską i przepływające statki. Ulica nie ma wielu domów, jakieś siedemnaście numerów. A mieszkało tam tylu znakomitych ludzi! Zacznijmy od najsłynniejszego – Mariana Mokwy, malarza marynisty. Mieszkał naprzeciwko naszego domu. Z okna widziałem, jak maluje w swojej pracowni. Miał wnuka Marka, który też został malarzem. Żyje w Paryżu, nie mam z nim teraz kontaktu, ale w dzieciństwie kolegowaliśmy się.

Sąsiadami Jurka byli też państwo Kuncewiczowie. Irena Kuncewiczowa to słynna przedwojenna automobilistka, startowała w rajdach samochodowych. Zginęła tragicznie w 1943 r., do Sopotu tuż po wojnie przyjechał tylko jej mąż, Czesław, znany sopocki adwokat. Syn Ireny i Czesława, Andrzej Kuncewicz pasję do szybkości i benzyny wyssał z mlekiem matki. Przez dwadzieścia kilka lat był znakomitością Gdańskiego Auto Moto Klubu „Budowlani”. Brał udział w wyścigach motocyklowych, rajdach. Jego syn, Mirosław (dla przyjaciół Sławek) przejął rodzinną pasję – wsławił się jako zapalony motocrossowiec. Współtworzył sopocki tor crossowy.

Kolejne sportowe osobistości z ul. Kasprowicza to Wincenty Kurowski, prezes klubu sportowego Gedania i Jerzy Grusiecki, tenisista i trener. – Sam w tenisa nie grałem. Znacznie bardziej interesował mnie więc inny sąsiad – Tadeusz Chyła, piosenkarz, kompozytor, gitarzysta – uśmiecha się Jerzy. – Jego specjalnością były ballady, w tym m.in. słynna „Ballada o cysorzu”.

Chyła, malarz z wykształcenia (studiował w gdańskiej pracowni Juliusza Studnickiego i Jacka Żuławskiego, twórców „Szkoły Sopockiej”) świetnie odnalazł się jako artysta estradowy. Debiutował w słynnym Bim-Bomie, w 1968 r. założył z kolegami śpiewający kabaret Silna Grupa pod Wezwaniem.

- Obok Chyłów mieszkali moi koledzy Jacek i Marek z siostrą Kasią, mieli na poddaszu pokoje. Nieraz przez ścianę słyszeliśmy, jak Chyła śpiewa piosenki – ale te nieoficjalne, rubaszne, aż uszy nam więdły – śmieje się Jerzy. – Przez pewien czas chciałem być jak on – grać na gitarze, występować na koncertach… Ale to było tylko marzenie, które uleciało. Nawet nie poprosiłem rodziców o gitarę.   

- A, i jeszcze jedna ważna postać związana z naszą ulicą. Podczas stanu wojennego w domu swoich koleżanek ze szkoły ukrywał się tu Bogdan Borusewicz. Oczywiście dowiedziałem się o tym dużo później – dodaje sopocian.

[ZT]13334[/ZT]

Cyrankiewicz sypie cukierkami

- Moi rodzice często chodzili na skata do znajomych na ul. 22 Lipca (dziś to Parkowa). Gdy rodzice grali w karty, ja bawiłem się z dziećmi ich przyjaciół: Stasiem i Marysią. Pamiętam, jak raz ganialiśmy w berka i bawiliśmy się w chowanego na ul. Poniatowskiego, to tuż obok willi Claaszena, dzisiejszej siedziby Muzeum Sopotu. Nagle Stasiu woła: „Chodźcie, chodźcie! Wyjeżdża!”. Nie wiedziałem kto, ale zaciekawiony pobiegłem. Patrzymy, a tu z terenu otaczającego willę Claaszena sunie czarny mercedes, za nim dwóch motocyklistów. Mercedes się zatrzymuje, wysiada łysy pan i… rozrzuca cukierki. Były pyszne! Podłużne szklaki z żelowym nadzieniem. Nie do dostania dla zwykłych ludzi. Później od rodziców dowiedziałem się, kim jest był ten pan od cukierków. Niestety niedługo skończyła się gra w skata. Kontakt ze znajomymi rodziców gwałtownie się urwał. Nie wiem, co się z nimi stało. Ale to były lata 50., można się tylko domyślać.

- Niedaleko willi Claaszena suszyli sieci rybacy. Można było kupić świeżą rybę. Pamiętam też strażnice na plaży, gdzie wojsko pilnowało, by ludzie nie uciekali wpław do Szwecji. Żołnierze codziennie rano i wieczorem grabili plażę. I pamiętam jeszcze bardzo ostrą zimę, to był chyba rok 1953. Rodzice ciągnęli mnie na sankach po zamarzniętym morzu, aż za molo. A skoro o morzu mowa – rodzice nie raz powtarzali, że szybciej nauczyłem się pływać niż chodzić. Zaczynałem już jako półroczny maluch. Kąpałem się nawet późną jesienią. Do dziś uwielbiam morze. Potrafiłem wrócić do domu po podróży ponad tysiąc km, przywitać się z żoną i dziećmi i od razu polecieć na plażę. Byle się wykąpać.

[ZT]13253[/ZT]

Nurkowanie po „rybaka”

Do przedszkola Jurek miał blisko – też mieściło się na ul. Kasprowicza. Ma kilka zdjęć z tego czasu – na jednym ciepło opatulone dzieciaki lepią śnieżki, na innym cała gromada maszeruje podleśną drogą; na czele chłopiec ze sporym kołem w dłoni. – Bawiliśmy się, że to kierownica – wyjaśnia Jerzy.

W szkole podstawowej (sopocka „dwójka” i „szóstka”) był, jak mówi, raczej sportowo nastawiony. - Choć początkowo wyniki miałem średnie. Ale od pana Grusieckiego dostawaliśmy zużyte piłeczki tenisowe i graliśmy w palanta. Wszyscy: i chłopcy, i dziewczęta. Tata Mariusza Kurowskiego, ten prezes Gedanii przyniósł nam dysk i kule, więc w wakacje rzucaliśmy nimi w lesie koło nas. W tym lesie na Zajęczej Górze bardzo długo utrzymywał się śnieg. I lód zmieszany z liśćmi. Jeszcze w kwietniu albo i na początku maja można było tam zjeżdżać na sankach. Kto o tym nie wiedział, dziwnie na mnie patrzył, kiedy wiosną szedłem w las z sankami – śmieje się. – W lesie bawiliśmy się też w chowanego. Rosły tam wysokie paprocie, idealne na kryjówkę. Ćwiczyliśmy tam także pchnięcia kulą i rzuty dyskiem. Z krawężnika na krawężnik robiliśmy tzw. trójskok. I jak przyszedł sprawdzian w szkole, skoczyłem w dal naprawdę nieźle. Aż nauczyciel od WF-u był zaskoczony. No i wystawił mnie do sportowego turnieju szkół podstawowych, który odbywał się w Sopocie 1 czerwca. Występowałem w skoku w dal i biegu na 400 m. Wyniki? Znalazłem się w pierwszej dziesiątce. A poza tym reprezentowałem szkołę i to mnie cieszyło.

- Codziennie biegliśmy nad morze popływać. Przechodziliśmy przez teren WDW (Wojskowy Dom Wczasowy). Szliśmy tamtędy, bo było tam małe molo i wypożyczalnia kajaków i rowerów. Wypływaliśmy dość daleko, aż ratownicy się denerwowali. Ale najfajniejsze było skakanie do wody za pieniądze. To już na dużym molo. Po prawej stronie był tam tzw. trójkąt. Nie wiem czemu „trójkąt”, skoro podest był kwadratowy. Skakało się z tego podestu (stąd nawet dziewczyny próbowały), wyżej ze słupków i z górnego mola, skąd było najwyżej. Wczasowicze rzucali nam monety. Dla nich to była niezła atrakcja, ale jeszcze większa, gdy leciał do nas bosman i krzyczał: „Jak was złapię!...” Bo na molo nie można było przebywać w stroju kąpielowym, nie wolno też było oczywiście skakać. Ale skakaliśmy. Spacerowicze rzucali monety, a naszym zadaniem było je wyłowić. Trzeba było wiedzieć jak to robić. Gdy ktoś próbował w wodzie złapać monetę, ona opadając na dno robiła zakola, do tego wyciągnięta pod wodą ręka ją odpychała. Ale ten, co czekał na dnie kosił najwięcej. Musiał tylko umieć nabrać dużo powietrza. Konkurencja była duża. Czasem dziesięciu skakało za jedną monetą. Wyłowiony pieniądz trzeba było pokazać zebranym na molo wakacjuszom.

- Pierwszy raz z nurkowania wróciłem mając całe 10 zł. Gałka lodów kosztowała wtedy złotówkę, więc te 10 zł to były duże pieniądze dla dwunastolatka. Mama pyta skąd je mam. Powiedziałem, że ze skoków, ale nie przyznałem się, że skaczę z górnego molo. „A gdzie trzymasz te pieniądze?” - pyta mama. No to mówię zgodnie z prawdą, że w buzi. Mama uszyła mi więc specjalne kąpielówki z wewnętrznymi kieszonkami. Przylegaly do ciała, monety nie wypadały. Zwykle wczasowicze rzucali drobne - 10, 20, 50 groszy, czasem złotówkę. Ale raz trafił mi się „rybak”, czyli 5 zł! pokazuję wyłowiony pieniądz, a wszyscy: „Oooo!”. Innym razem monetę rzuciła para: Włoch i Polka. Skaczę, wyławiam, ona pyta co mam. Patrzę: 50 lirów. W przeliczeniu nie było dużo, ale fajna pamiątka.

To chyba był pan mistrzem skoków? – dopytuję.

- O, nie! Byli lepsi ode mnie. Dużo lepsi.

Nawet minister wychodząc z wody, tylko u mnie kupuje lody!

Źródłem skromnego dochodu dla przedsiębiorczego dzieciaka z podstawówki była też wakacyjna sprzedaż popularnych wówczas lodów „Mewa”. – Przywoził je pewien facet, trzymał w domu, w piwnicy – opowiada Jerzy. - Brał je na siebie, bo my przecież byliśmy niepełnoletni. Ale zatrudniał nas, dzieciaki. O ile dobrze pamiętam, jeden lód kosztował 1,50 zł, my dostawaliśmy z tego 30 groszy. Chodziliśmy po plaży w białych fartuchach, z drewnianą skrzynką. Na zachętę każdy miał jakiś slogan reklamowy. Ja wołałem: „Nawet minister wychodząc z wody, tylko u mnie kupuje lody!”

To przy okazji objadł się pan też tych lodów?

- E, tam. Najsmaczniejsze to one nie były. Lepiej było pójść do Włocha – śmieje się sopocianin.

I dodaje: - W Łazienkach Południowych przesiadywało zamożne towarzystwo. Ludzie z telewizji, adwokaci. Wynajmowali sobie przebieralnie. Obok mieli swoje stoliki, parami grali w remibrydża. Takich par było z dziesięć. Grali po 500 zł od wygrania. To były wtedy straszne pieniędze. Podchodzę do nich wołając: „Looody Mewa! Looody Mewa”, oni do mnie: „Ty, student! Co ty lody sprzedajesz? Piwo byś sprzedał”. Pomyślałem, że to niezły pomysł. Mama mojego kolegi – nazywaliśmy ją „teściową”, bo miała też ładną córkę - była kierowniczką sklepu spożywczego. Sprzedawali tam m.in. piwo. W małych, pękatych buteleczkach z brązowego szkła, 0,33 litra. Jedna kosztowała 2,60 zł. Mówię „teściowej”, że tam panowie mnie namawiają żebym im piwo przyniósł. „A masz pustą skrzynkę?” – pyta kierowniczka. „No, mam”. Zapakowała więc osiem piw, zimnych, prosto z lodówki. „Ale jakby co, nie masz ich ode mnie” - zastrzegła. I dodała: „Kawałek masz do przejścia, ciężko ci będzie. Powiedz, że jedno po 5 zł”. Wracam do Łazienek i wołam: „Lody piwne!”. Faceci się śmieją i z miejsca kupują. Te osiem piw poszło w moment. Dla innych już nie starczyło. Musiałem iść jeszcze kilka razy do sklepu.

- Czasem wysyłali mnie też do Algi, żebym przyniósł im po schabowym. Nie było przecież barów na plaży, jak dziś. Kto tylko trochę pomyślał, mógł więc nieźle zarobić. A kierowniczka pilnowała - musiałem chuchać czy sam piwa nie piję. Po tym sezonie nabyłem bony do Pewexu w Gdyni na Zygmuntowskiej (w Sopocie Pewexu jeszcze nie było). I tam kupiłem sobie pierwsze prawdziwe dżinsy. Jak w nich wyszedłem na miasto, to dopiero było branie! 

[ZT]13176[/ZT]

Dla sympatycznej panny Krysi…

Przeglądamy zdjęcia z tego czasu. Grupka młodzieży, 16-17 lat siedzi w Łazienkach Południowych. Twarzy Jurka dobrze nie widać – całuje się z dziewczyną. Na innym zdjęciu same chłopaki. Wszyscy pozują z profilu, każdy z dłuższymi włosami, fryzury na wczesnych Beatlesów.

- Muzyki słuchaliśmy z Radia Luxemburg i pocztówek grających. Na płyty nie było nas stać. Na dzisiejszej al. Niepodległości mieściło się studio, gdzie można było nagrać swój głos – np. życzenia, albo dedykację: „Dla najsympatyczniejszej koleżanki…”, a potem obsługa nagrywała Beatlesów czy Stonesów. I pocztówka gotowa. Jakość była słaba – jeden wielki szum. Ale i tak się słuchało. Na prywatki każdy swoje przynosił.

Tańce odbywały się też na plaży. - Ul. Chrobrego szło się do końca, mijało po prawej Dom Górnika. Obok mieszkali koledzy. Od nich przez alejkę ciągnęliśmy kabel od magnetofonu „tonetki” i szaleliśmy przy najnowszych przebojach – uśmiecha się Jerzy. - Graliśmy też w piłkę, a 1 maja wszyscy się kąpaliśmy. Czasem tylko do kolan, bo zimno. Ale tradycja nakazywała, żeby chociaż wejść do wody. Jurek i Zbyszek Bogaczykowie mieli kamerę. Do dziś zachował się ich film z lat 60., kiedy wchodziły spodnie-dzwony. Nagrali mnie w takich białych, sztywnych, uszytych z płótna żaglowego dzwonach. Na udach obcisłe, ale nogawki szerokie, że buta (na podwyższonej podeszwie, tzw. but z podłogą – kupowało się takie w Gdyni na Hali) nie było widać. A do dzwonów, wiadomo, dłuższe włosy. Nie wypadało być na jajko ostrzyżonym.

I tak odstawiony chodziłem do Non Stopu. Wtedy klub mieścił się na ul. Drzymały, nad morzem. Przyjeżdżały najlepsze zespoły z całej Polski. Nie mówiąc o tutejszych Czerwonych Gitarach, Niebiesko-Czarnych, Czerwono-Czarnych. My byliśmy za Czerwonymi Gitarami, bo nasi, z Sopotu. Seweryn Krajewski mieszkał w „Podkowie”. Bilet kosztował w niedzielę 15 zł, na co dzień 10 zł. Drogo. Ale można było konikować. Kupowało się trochę więcej biletów i odsprzedawało z przebiciem. Kolejki były ogromne. Ci, co nie weszli, tańczyli naokoło Non Stopu. Zespołu wprawdzie nie widzieli, bo był zasłonięty plandekami, ale to przecież namiot – muzyka niosła się przynajmniej do mojego domu na Książąt Pomorskich. Mieszkałem tam od 1971 r.

Rodzice

Bolesława (rocznik 1917) i Jan (1910) Borowscy byli rodowitymi Gdańszczanami. – Mieszkali tu od pokoleń – mówi Jerzy. - Ze strony ojca głównie byli to wojskowi, natomiast dziadek ze strony mamy miał zakład szewski – robił i naprawiał buty. Przed II wojną rodzice chodzili do Gimnazjum Polskiego w Gdańsku, należeli do Związku Polaków w Wolnym Mieście Gdańsku. Tata działał w polskim klubie sportowym Gedania - miał szkółkę, gdzie budowali i puszczali modele szybowców. Pracował jako zastępca zawiadowcy stacji w Sopocie. Jako polski urzędnik państwowy został aresztowany i wywieziony do obozu Stutthof już we wrześniu 1939 r. Stamtąd trafił do obozu Sachsenhausen koło Berlina. Kiedy alianci zbombardowali ogrodzenia, we trzech uciekli przez Lubekę do Szwecji. Znaleźli się w miejscowości Jokkmokk w Laponii. W lesie czekały na byłych więźniów domy wypoczynkowe, lekarze, dobre jedzenie. Tata pracował w tamtejszej tokarni. Produkowali m.in. narzędzia chirurgiczne i kosmetyczne. Do dziś mam od taty zrobione przez niego cążki do paznokci i scyzoryk jako pamiątkę. Do Polski (i do mamy) wrócił w 1947 r. Spędził godziny na przesłuchaniach na UB, bo przecież przyjechał ze „zgniłego” Zachodu.

A gdzie pana mama przetrwała wojnę?

- Na początku była w Gdańsku. Potem wyjechała ze swoimi rodzicami do Lublina – mówi Jerzy. – Ale zaraz po wojnie wróciła do Gdańska. Niestety dom przy Garncarskiej był zbombardowany, mama dostała więc przydział mieszkania w Sopocie. Właśnie przy ul. Kasprowicza. Dostała pracę jako księgowa w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Robót Drogowych. Ojciec zaś był dyrektorem w CPN w Nowym Porcie. Zmarł w 1969 r., mama dwa lata później. Ja w 1970 r. założyłem własną rodzinę. Dorobek naszego wspólnego życia (ponad 50 lat) to trójka fajnych dzieci i czwórka super wnucząt. 

22 zgłoś się!

A pana życie zawodowe zawodowe?

- Od 1989 r. miałem swoją taksówkę. Pracowałem w korporacji, która obsługiwała Grand Hotel. W tamtym czasie, kiedy wreszcie opadła żelazna kurtyna, do Sopotu i Gdańska zaczęło przyjeżdżać bardzo dużo Niemców. Pamiętali Wybrzeże z dzieciństwa, chcieli pokazać bliskie sobie miejsca rodzinie. Ponieważ znam niemiecki, służyłem przyjezdnym za kierowcę i przewodnika. Rozmowę zawsze zaczynali od tego, że nie przyjechali niczego odebrać. Miałem numer wywoławczy 22. Do dziś pamiętam to „22! Grand Hotel wzywa!” Nierzadko Niemcy przyjeżdżali na tydzień-dwa, a ja codziennie z nimi jeździłem. Miałem plan Gdańska z nazwami ulic po niemiecku, łatwo mogli znaleźć „swoje” miejsca. Raz zawiozłem jednego pana z żoną do Orłowa. Pokazał, w którym domu mieszkał, w którym ogrodzie się bawił, że w sąsiedztwie była mała dziewczynka, z którą grali w piłkę przez ogrodzenie. Gdy tak staliśmy i rozmawialiśmy, wyszła starsza siwa pani. Przygląda się nam, więc wyjaśniam, że ten pan kiedyś tu mieszkał. Wtedy ona: „Du bist Klaus?”. On: „Ja, ja! Ich bin Klaus” To ona była tą dziewczynką! Po tylu latach się spotkali.

- Woziłem Niemców też po Kaszubach, do Malborka, gdzie chcieli. Po Sopocie też byłem przewodnikiem. A to do knajpki nadmorskiej na rybę, a to do Opery. Trzy lata jeździłem na tej taksówce. Wtedy stwierdziłem, że teraz trzeba tam do nich pojechać. W Niemczech pracowałem w firmie, która budowała stoiska na targi. Nie tylko w Niemczech, ale i we Francji, Włoszech, Grecji. Trochę przy tym pozwiedzałem Europę. 20 razy byłem w Paryżu. Ale nigdy nie myślałem, żeby na zawsze wyjechać z Polski. Francuskie i szwajcarskie sery, bawarskie golonki gotowane w piwie... Fajnie różnych rzeczy spróbować. Ale to w Sopocie naprawdę głęboko oddycham, w Sopocie czuję, że to moja przestrzeń. Codziennie bez względu na pogodę spaceruję. Chodzę na siłki na WDW, na błoniach. No i, jak zawsze nad morze. Tylko już po monety nie skaczę – śmieje się.

Materiał archiwalny.
Tekst: Aleksandra Kozłowska
© Muzeum Sopotu, "Projekt Sopocianie"

[ZT]12956[/ZT]

(© Muzeum Sopotu, Projekt Sopocianie. Tekst: Aleksandra Kozłowska)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%