Zamknij
REKLAMA

Urodził się 73 lata temu, był pierwszym prezydentem Gdańska za czasów III RP. Rozmowa z Jackiem Starościakiem [WYWIAD]

20:00, 10.09.2020 | Przemysław Szczygieł
Skomentuj
REKLAMA

Urodził się 10 września 1947 roku w Gdańsku. Był pierwszym prezydentem Gdańska wybranym w czasach III Rzeczpospolitej Polskiej. Przez wiele lat piastował wysokie urzędy w służbie dyplomatycznej. W swojej karierze pełnił m.in. funkcje konsula generalnego RP w Londynie, radcy ministra i szefa Stałego Międzynarodowego Sekretariatu Rady Państw Morza Bałtyckiego. Były działacz "Solidarności". Za swoje zasługi na rzecz Gdańska został odznaczony Medalem Księcia Mściwoja II. Obecnie mieszkaniec Sopotu.

Z Jackiem Starościakiem, obchodzącym dziś swoje 73. urodziny, rozmawia Przemysław Szczygieł.

___________

Jacek Starościak: Zamieniam się w słuch.

Przemysław Szczygieł: Gdybyśmy mieli cofnąć się do czasów, kiedy pełnił Pan funkcję prezydenta Gdańska – co stanowiło największe wyzwanie w tamtym okresie?

J.S.: Wyzwaniem za moich czasów było to, że niemal do wiosny '91 roku operowaliśmy budżetem, który uchwaliła dawna Rada Narodowa. Rozpoczynaliśmy naszą "rewolucję", dysponując niewielkimi środkami i starymi przepisami prawnymi, na których mogliśmy się opierać. Druga kwestia to ogromne oczekiwania społeczne. Były one niewspółmierne do rzeczywistych możliwości, ale pokazywały jak bardzo ludzie oczekiwali, że ich sytuacja szybko się polepszy. Co jest naturalnym odruchem, ale trudnym do spełnienia.

P.S.: Porównując działanie dzisiejszych samorządów do sytuacji z tamtego czasu, jakie różnice uwidaczniają się najbardziej?

J.S.: Różnica podstawowa z mojej perspektywy wiązała się z liczbą radnych. Za moich czasów Gdańsk liczył ich sześćdziesięciu, a teraz jest ich trzydziestu trzech. Czyli nieporównywalnie mniej.

Druga różnica – prezydent był przedstawicielem miasta i społeczeństwa, ale jednocześnie też głównym urzędnikiem odpowiadającym za urząd, a mógł być odwołany podczas niemal każdego posiedzenia rady. Dopiero po kilku latach zmiana sposobu wyboru na to stanowisko – tzn. nie przez radę miasta, a przez mieszkańców – stworzyła zupełnie inny komfort działania, odpowiedzialności, samodzielności i swoistej odwagi przy podejmowaniu różnego rodzaju decyzji.

Kolejna sprawa – własność komunalna. W tamtym czasie, w roku '90, prezydent miasta był organem założycielskim trzydziestu czy czterdziestu różnych przedsiębiorstw komunalnych. Aż się nie chce wierzyć! Te wszystkie zakłady futrzane, zapałczane, octowe i inne podlegały pod organ założycielski. To wszystko trzeba było rozczłonkować ze wszystkimi trudnościami: personalnymi, wiążącymi się z przepisami prawa czy z wielkością budżetu.

Dalej – gospodarka mieszkaniowa. Przecież większość mieszkań to były mieszkania komunalne i z tym wiązały się problemy. Jak się spojrzy na ul. Długą na Głównym Mieście w Gdańsku, to lokale parterowe były tam najczęściej zamieszkałe. Teraz jest zupełnie inaczej. Ale zmiana tego statusu, umożliwienie tym ludziom prowadzenia działalności gospodarczej - to było niesłychanie trudne. Wiązało się to z kwestiami sprzedaży i kupna. Zupełnie inaczej niż w Gdyni, gdzie przynajmniej na główne ulice – jak choćby na ul. Świętojańską i na przylegającą do niej ul.10 lutego – w większości wrócili dawni właściciele z właściwymi dokumentami. Takiej sytuacji nie było ani w Gdańsku, ani w Sopocie.

P.S.: Był Pan prezydentem miasta, a także przez wiele lat sprawował urzędy dyplomatyczne. A co dzisiaj zajmuje Pana w największym stopniu?

J.S.: Jestem emerytem już od wielu lat. Z tego względu zajmuję się przede wszystkim działalnością społeczną. Tak się złożyło, że reprezentując Sopocki Klub Morsów, który gromadzi osoby w różnym wieku – w tym również seniorów takich jak ja i starszych – znalazłem się w grupie tych organizacji pozarządowych, z których wybrano przewodniczącego Sopockiej Rady Seniorów. Jestem też członkiem zarządu naszego Sopockiego Klubu Morsów, który naprawdę dużo robi, a nie wyłącznie wchodzi do wody. Robimy to codziennie, przez cały rok. Dłużej pływając latem, krócej, ale też intensywnie, zimą. Bierzemy również udział w różnego rodzaju zawodach zagranicą. Oczywiście wszystko finansujemy z własnej kieszeni.

To jest obszar mojej działalności. Poza tym publikuję różnego rodzaju artykuły. Wydam też prawdopodobnie książkę w najbliższym czasie. Będzie nosiła tytuł "Z czerwonym makiem w butonierce". To historia nawiązująca do polskich sił zbrojnych w Wielkiej Brytanii i tych ostatnich przedstawicieli emigracji, z którymi miałem do czynienia podczas swojej pracy jako konsul generalny w Londynie. Publikacja powinna się ukazać do końca tego roku.

Na zdjęciu: Jacek Starościak w towarzystwie członków Sopockiego Klubu Morsów i Morza Aniołów

P.S.: Wracając jeszcze do tematu morsowania, jak zaczęła się Pana przygoda z tym sportem?

J.S.: To się zaczęło już w Warszawie, czyli mniej więcej dziesięć lat temu. Teraz mam ten przywilej, że mieszkam trzy minuty od plaży i jestem pełen uznania dla tych, którzy przyjeżdżają do naszego klubu z bardziej odległych części Sopotu bądź Trójmiasta. Chociaż jest też przecież klub gdański i gdyński.

Jesteśmy chyba unikalną grupą, ponieważ część tego klubu – w składzie około 20 osób – wchodzi do morza przy Tropikalnej Wyspie codziennie, niezależnie od warunków pogodowych. Na tym polega nasza przygoda.

Klub się rozrasta. Jest połowa pań, połowa panów. Są starsi – tak jak ja – i jeszcze starsi. Są również młodsi. Nasz klub liczy blisko 140 członków. Jeździmy na różnego rodzaju zimowe zawody pływackie. Zaczynamy sezon od pływania w Bydgoszczy, a poza tym wybieramy się w różne części Europy i świata. Pływamy głównie w rejonach północy. Właśnie niedawno wróciliśmy z rejsu jachtem Sarmata II z Szwecji. To jeden z niewielu krajów, w którym nie trzeba w obecnych czasach przechodzić kwarantanny.

P.S.: Co sprawiło, że planując przeprowadzkę, zdecydował się Pan właśnie na Sopot?

Przyczyn jest kilka. Pierwszą jest to, że żona bardzo liczyła na to, że do Sopotu wrócimy po wieloletnim mieszkaniu w Gdańsku, ponieważ jest sopocianką niemal od urodzenia. Mieszkamy niedaleko domu, w którym spędziła całe swoje dzieciństwo i młodość.

Z mojej perspektywy odpowiedź jest prosta. Urodziłem się 73 lata temu w Akademii Medycznej. Mój tata był chirurgiem, a mama farmaceutką. Moje pierwsze wspomnienia, gdy trzymałem rodziców za rękę, kiedy zaczynałem chodzić i mogłem wybrać się z nimi na spacer, dotyczyły właśnie tego miasta.

Tramwajem nr 7 jeździliśmy do Sopotu, później kolejką do pętli, a następnie pieszo ul. 3 maja – która wtedy nazywała się ul. Dzierżyńskiego – chodziliśmy w kierunku molo i Grand Hotelu. Spacerowaliśmy z taty kolegami – chirurgami, lekarzami. Głównie byli to absolwenci Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. To była ta silna grupa, która inicjowała działalność Akademii Medycznej w Gdańsku.

P.S.: To bardzo ciekawa historia. Dziękuję za rozmowę.

J.S.: Również dziękuję i pozdrawiam serdecznie.

(Przemysław Szczygieł)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (1)

sopociak sopociak

4 5

super czlowiek!!! 100 lat 20:28, 10.09.2020

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA