Zamknij

Sopocianka, łączniczka, sanitariuszka. Wspomnienia Elżbiety Tatarkiewicz-Skrzyńskiej

16:00, 01.08.2019 | Przemysław Szczygieł
REKLAMA
Fot. Youtube - CENGdansk - Patriotyzm w moim życiu ? Elżbieta Tatarkiewicz-Skrzyńska

Sanitariuszka i łącznika powstania warszawskiego, bratanica wybitnego profesora historii filozofii Władysława Tatarkiewicza, sopocianka. Jej życie do dzisiaj inspiruje i wzrusza wielu. Jest pełne zawirowań i niespodziewanych wydarzeń. To historia niezwykłej rodziny i niezwykłych ludzi. Jak żyła Elżbieta Tatarkiewicz-Skrzyńska? Jak to się stało, że młoda warszawianka po upadku powstania opuściła stolicę i na stałe związała swoje życie z Wybrzeżem?

Wspomnienia Elżbiety Tatarkiewicz-Skrzyńskiej

______

Czas okupacji

Jak ja się w ogóle tu znalazłam? Bo ja jestem urodzona w Warszawie i do powstania mieszałam tam. Brałam w nim udział, ale po powstaniu już do Warszawy nie wróciliśmy [red. - na stałe], bo już właściwie nie było do czego wracać.

Mój ojciec, który był przed wojną adwokatem, w '39 roku jako oficer rezerwy wyjechał ze swoim wojskiem. Ciągle się posuwali na wschód, myśląc, że może Niemcy nie zajmą całej Polski. Stanęli na granicy polsko-rumuńskiej i czekali na rozkazy z Warszawy, z dowództwa, dotyczące tego, co mają robić dalej.

Proszę sobie wyobrazić, że 17 września o świcie dostali rozkaz, że mają przekroczyć granicę rumuńską. Dzięki temu mój ojciec i ci wszyscy inni ocaleli, bo tak to by byli w Katyniu - bo 17 września już Rosjanie wkroczyli! I mój ojciec był internowany. Tam poznał się z Eugeniuszem Kwiatkowskim. 

Kiedy skończyła się wojna, spotkali się z Kwiatkowskim. I pytał się: - Panie ministrze, czy ja mam wracać do Polski? I radził się. A w czasie okupacji tak tęsknił za Polską, że ciągle chciał wracać. Co myśmy się z moim stryjem, z moją matką nagimnastykowali, żeby w listach, które przechodziły przez kontrolę niemiecką wytłumaczyć mu, że nie ma wracać... Był w radzie adwokackiej, a z rady adwokackiej w Warszawie wszyscy byli aresztowani.

No więc jakoś tam wytrwał. Zresztą z ciężką chorobą.

I Kwiatkowski powiedział: 

- Niech pan wraca.

 

Wtedy mój ojciec się spytał: 

- A pan, panie ministrze?

 

Na co Kwiatkowski odpowiedział:

- Ja jeszcze nic nie wiem.

Dopiero jak zwrócili się do niego, żeby wrócił, to wrócił, i wiadomo co się z nim stało, prawda? Przyjechał do Gdyni i chciał kontynuować te wspaniałe rzeczy, które wyczyniał przed wojną, ale komuniści nie pozwolili. Zabronili mu mieszkać na Wybrzeżu. Wyrzucili go i on ukończył swoje życie w Poznaniu. Miał tam, zdaje się, rodzinę.

Powrót do kraju

Ale mój ojciec wrócił i nas odnalazł. To był sierpień '45. Od razu się zorientował, że to są inne czasy i nie ma co już się adwokaturą zajmować, bo komunizm... Jeszcze jest taka charakterystyczna rzecz dla tamtych czasów - a mianowicie jak mój ojciec przekroczył granicę, znalazł się na terenie Polski i dobrnął do Warszawy, żeby jakoś nawiązać kontakt, odszukać nas, to był bardzo zdziwiony, bo pomyślał tak: - Kończy się wojna i gdzie ta radość? Zetknął się z tym, że Polacy od razu sobie jakoś realistycznie wyobrażali, że Niemcy na szczęście odeszli, ale komunizm...

Ojciec odnalazł nas w Łodzi. To są jakieś szczęśliwe okoliczności.

Mówił, że już nie będzie zajmował się adwokaturą, ale musi coś robić, jakoś zarabiać na życie, więc zgłosił się do ministra sprawiedliwości Świętochowskiego. Ja pojechałam z ojcem do Warszawy z tej Łodzi. Pamiętam, że my byliśmy tam pierwszego sierpnia, na pierwszą rocznicę powstania. Byłam strasznie przejęta, a mój ojciec mówił: - Elu, to jest niemożliwe! Co za straszne zniszczenie! Wyście to wszystko przeżyli?

No więc poszedł do ministra, żeby pracować w jakimś urzędzie i minister dał mu do wyboru: Mława albo Słupsk. 

Mój ojciec, który był zdyscyplinowany, powiedział:

 

- Tak, panie ministrze. 

 

Ścisnął dłoń. I idzie. Jak mi opowiadał, to był duży, ogromny gabinet. Idzie. Trzyma rękę na klamce. Ma już otwierać drzwi. Mając tę rękę na klamce, odwraca się do ministra i mówi:

 

- Panie ministrze, czy by nie było czegoś nad morzem? Ja tak kocham morze...

 

- Tak? Proszę do Gdańska - odpowiedział.

Początki na Wybrzeżu

Jedna minuta, sekunda - można powiedzieć, która zaważyła na życiu całej rodziny, prawda? Bo ostatecznie każde miasto w Polsce jest ładne, ale przecież moja siostra tu kończyła medycynę w Akademii Medycznej. Ja uważam, że to jest idealne miejsce do mieszkania. Oczywiście już bym nie chciała wrócić do Warszawy, ale jeżeli nie w Warszawie, to tylko tu.

Mój ojciec objął posadę. Był sędzią Sądu Okręgowego w Gdańsku. I napisał do mnie, bo przecież nie dało się inaczej: "Elu, przyjeżdżaj, dlatego że ja złożyłem w urzędzie kwaterunkowym podanie o przydział mieszkania, ale nie mam czasu tam chodzić i się dowiadywać. Musisz przyjechać i mi pomóc, bo ja już mam tutaj w sądzie tyle roboty...".

To ja wsiadłam w pociąg i przyjechałam. Pamiętam, że pierwszą noc spędziłam na sali sądowej. Później poszłam do tego urzędu kwaterunkowego i naturalnie: - Proszę czekać, proszę tego...

Przyszłam do taty i mówię:

 

- Słuchaj tatusiu, to jest zawracanie głowy z tym mieszkaniem. My tak nigdy nie dojdziemy do tego. Mieszkanie trzeba wyszabrować.

 

A mój ojciec się pyta:

 

- Co znaczy to słowo? Bo nie znam.

Były wtedy sądy grodzkie, to niższy szczebel był. Taki sąd grodzki mieścił się w Sopocie na ul. Rokossowskiego 6 [red. - dzisiejsza ul. Bohaterów Monte Cassino]. Tam na pierwszym piętrze było pięć pokoi - trzy i dwa. Kiedy ten sąd grodzki się wyprowadził - zdaje się, że dostali willę na ul. Abrahama - wtedy nam przydzielili to mieszkanie i myśmy tam mieszkali. Wcześniej przebywał tam sędzia Sądu Okręgowego, kolega mego ojca, ale przeniósł się do Warszawy.

Waza w pustym mieszkaniu

Stare mieszkanie, ale kuchnia oczywiście duża, za kuchnią był jeszcze taki pokoik stołowy dla nas, a w łazience na lewo był piec. Nie było mowy o żadnym centralnym ogrzewaniu, tylko były piece. Bardzo zresztą eleganckie, poniemieckie. To był '45 rok.

Skoro przydzielili nam to mieszkanie, ojciec mówił:

 

- Musisz tam być, bo właśnie szabrownicy chodzili i zajmowali.

Ja pamiętam, że tam nic innego nie było tylko waza rosenthalowska, duża. I nic. Ja się myłam w tej wazie rosenthalowskiej i spałam na jakimś kocu. Sąd się wyprowadził, więc to było nieumeblowane.

Ale mój ojciec spotkał swojego kolegę, adwokata z Warszawy, który mieszkał w jakiejś willi, wtedy na ul. Bieruta, teraz na Haffnera, i powiedział: 

 

- O, nie ma pan mebli? Niech pan tego, ja mam meble...

Wtedy zaopatrzył nas w sypialnię, szafę, łóżko - takie małe, podwójne. Potem jakieś meble gdańskie, jakiś stół.

To był '45. W '47 roku zmarł mój ojciec, który był operowany na wrzód żołądka. Niestety był źle zoperowany.

CDN.

[ZT]2547[/ZT]

(Przemysław Szczygieł)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
© esopot.pl | Prawa zastrzeżone