Są w Sopocie miejsca, które trudno oddzielić od pejzażu miasta. Bar Przystań to jedno z nich. Z czerwonym dachem, werandą otwartą na Zatokę i kolejkami, które wcale nie znikają mimo upływu lat. Bo tu od początku obowiązuje zasada prosta jak nadmorska kuchnia: ryba ma być świeża, robiona na bieżąco. A jeśli trzeba poczekać, to znaczy, że warto.
Historia zaczyna się od spotkania dwóch przyjaciół. W 1991 roku, w czasie burzliwych przemian ustrojowych i rodzącej się przedsiębiorczości, postanowili oni spróbować sił w gastronomii. Bez doświadczenia, za to z uporem, odwagą i pasją.
Wiosną 1992 roku wynajęli skromny, gospodarczy budynek po byłej Centrali Rybnej. Lokal miał działać sezonowo, jak typowy letni punkt nad wodą. Nie było nawet pomysłu na nazwę, więc inspiracja przyszła z… poprzedniego sezonu. Skoro kiedyś było „Wirus”, zmieniono jedną literę i powstał „Wibus”.
Na początku było prosto: napoje, słodycze i pizza na grubym, drożdżowym cieście, pieczona w piecu własnej konstrukcji. Brzmi jak klasyczna historia nadmorskiej improwizacji i dokładnie tak było. Pierwsze ryby smażono na patelni przyniesionej z domu, na turystycznym palniku gazowym. Gdy to przestało wystarczać, pojawiła się używana frytkownica, w której na raz mieściło się… sześć fląder.
Goście szybko wyznaczyli kierunek rozwoju dla nowo otwartej restauracji, coraz chętniej wybierając nie pizzę, a świeże ryby. Te zaś były kupowane na użytek lokalu od sopockich rybaków z pobliskiej przystani. Wibus w krótkim czasie zmienił charakter, a ryby stały się jego specjalnością.
Miejsce miało jednak swoje „dziedzictwo”: okolica kojarzyła się z zaniedbanym zakątkiem, a w pobliżu stał opuszczony, budynek dawnego miejskiego szaletu. Dla wielu byłby to powód, żeby się wycofać. Dla nich jednak był to punkt zwrotny w historii miejsca, które miało stać się sopocką ikoną.
W 1993 roku zrodził się pomysł, który początkowo brzmiał jak żart: kupić toaletę i przerobić ją na bar rybny z tarasami. Do historii Przystani dołącza wtedy ważna sopocka postać: architekt Bruno Wandtke. Przyszedł na rybę, usłyszał plan i zamiast go wyśmiać, wsparł go swoim doświadczeniem. Zaprojektował obiekt nawiązujący klimatem do znanych sopockich budowli, takich jak m.in. Łazienki Południowe.
Gdy w listopadzie 1993 roku Urząd Miasta ogłosił przetarg, aby pozbyć się niechcianego budynku szaletu publicznego, oferta przetargowa wspólników Baru Przystań i wcześniej przygotowany projekt, zadecydowały o wygranej. Jednak w środowisku biznesmenów wykpiwano obu panów, że… kupili ,,sroczyk” i nie dadzą sobie rady, aby w jakikolwiek sposób zaadoptować ten trefny obiekt. Jednakże ogromna siła woli, hart ducha i marzenie przyczyniły się do tego, że natychmiast po wygranym przetargu panowie wspólnicy przystąpili do działania. Wkrótce potem zaczęła się zima i praca „na serio”, w mrozie, w nieogrzewanym wnętrzu, najpierw własnymi rękami, później z ekipami murarzy i cieśli. Cel był jeden: zdążyć na sezon 1994.
Dokładnie 22 lipca 1994 roku otwarto nowy Bar Przystań. Z „klocka” po toalecie powstał obiekt z wysokim czerwonym dachem z wieżyczką i werandą od strony morza. W Sopocie szybko zrobiło się o nim głośno, nie tylko dlatego, że było to nowe miejsce na plaży, ale dlatego, że miało charakter i świetną kuchnię.

Od początku przywiązywano wagę do świeżości ryb i jakości oleju. Opracowano własną mieszankę przypraw i ziół. I wprowadzono zasadę, która przetrwała dekady: ryby nie robi się „na zapas”, co też wyjaśniało późniejsze kolejki.

To zresztą właśnie one stały się najlepszą reklamą. Nie świadczyły o chaosie, tylko o tym, że ludzie chcieli dokładnie tej ryby: gorącej, chrupiącej, wyjętej prosto z pieca.
Z czasem lokal stał się całoroczny, ku radości mieszkańców Trójmiasta i turystów. Pizza, obecna jeszcze do końca sezonu 1994, odeszła w cień, bo goście przychodzili przede wszystkim po ryby. W menu i w opowieściach wraca też „smaczna surówka ze świeżej kapusty”, wspominana przez stałych bywalców.
Był też klimat epoki: ogródek obsadzony kwiatami, gwar rozmów i w tle przeboje A-HA oraz Depeche Mode. Z miejsca zapomnianego i źle kojarzonego, przestrzeń ta stała się przystanią dla tych, którzy chcieli dobrze zjeść i popatrzeć na morze.

Wnętrza zyskały charakterystyczny morsko-rybacki styl: sieci, płótna żeglarskie, lampy nawigacyjne (czerwona i zielona), pamiątki i narzędzia, które nie są dekoracją z katalogu, tylko elementami opowieści o miejscu i ludziach morza.
Dziś Bar Przystań podkreśla, że gotuje „prosto i uczciwie”, łącząc tradycję z energią nadmorskiej przystani. W menu królują ryby: Zupa Rybaka, ryby smażone i pieczone oraz zimne przystawki rybne. Obok kawiarnia z aromatycznymi kawami, klasycznymi deserami i drinkami: od porannej kawy, przez leniwy obiad, po długie wieczory.

Przystań nie istnieje w próżni. Tuż obok są sopoccy rybacy, sąsiedzi, od których kupowane są ryby i których praca od lat wpisuje się w codzienny pejzaż brzegu. Warto zresztą nadmienić, że tradycje rybackie Sopotu sięgają XIII wieku, a sama przystań na brzegu karlikowskim jest kontynuacją wcześniejszych lokalizacji. Dziś zostało zaledwie kilka załóg, pływających na małych łodziach typu „pomeranki”, nawiązujących do dawnych kaszubskich konstrukcji.
W tej opowieści ważnym znakiem jest też kapliczka rybacka „O szczęśliwy powrót”, poświęcona tym, którzy z morza nie wrócili. Projekt również wiąże się z Bruno Wandtkem. W kapliczce jest postać Jezusa Frasobliwego, „wypatrująca” powrotów z łowisk, symboliczny strażnik przystani i ludzi morza.
Bar Przystań jest dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów na mapie Trójmiasta, a jej siłą nie są modne sztuczki, tylko konsekwencja: świeża ryba, taras nad wodą, morski klimat i poczucie, że tu – niezależnie od pogody – zawsze jest kawałek wakacji.
[ZT]34671[/ZT]
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz