Wiadomości Sopot newsy wydarzenia relacje

Zamknij

Dodaj komentarz

Niezwykła historia szewca z Sopotu. "Rzemiosło wymaga serca. Bez tego się nie da" [WYWIAD]

Przemysław Szczygieł Przemysław Szczygieł 17:55, 06.06.2026 Aktualizacja: 08:49, 04.06.2026
Skomentuj Niezwykła historia szewca z Sopotu. "Rzemiosło wymaga serca" Zakład szewski przy Alei Niepodległości. W okręgu po prawej stronie: Brunon Myszk. Fot. esopot.pl

Przy Alei Niepodległości w Sopocie mieści się niezwykłe miejsce, w którym czas zdaje się płynąć innym rytmem. To właśnie tutaj, w warsztacie działającym nieprzerwanie od 1946 roku, można doświadczyć tradycyjnego sopockiego rzemiosła. Brunon Myszk, szewc i prawdziwy artysta w swoim fachu, opowiedział nam o fascynujących początkach swojej drogi, sekretach szycia butów, niezwykłych zleceniach z egzotycznych skór oraz o wyzwaniach, przed jakimi stają mali przedsiębiorcy.

::addons{"type":"only-with-us","color":"black"}

Z Brunonem Myszkiem rozmawiała Magdalena Moll-Szutenberg.

__________

Magdalena Moll-Szutenberg: Panie Brunonie, rozmawiamy w zakładzie szewskim przy Alei Niepodległości w Sopocie. Jak zaczęła się pana droga do tego zawodu?

Brunon Myszk: Po szkole podstawowej wyjechałem do Krakowa. Tam skończyłem szkołę zawodową w kierunku przemysłu skórzanego. Mieszkałem u państwa, którzy prowadzili warsztat szewski, więc jednocześnie uczyłem się i pracowałem. Trzy lata szkoły, trzy lata praktyki. Po zdaniu egzaminu czeladniczego pracowałem tam jeszcze pół roku.

W czasie nauki wyjeżdżaliśmy też do technikum skórzanego w Radomiu. W drugiej i trzeciej klasie każdego roku spędzaliśmy tam po trzy miesiące. W Krakowie uczyliśmy się głównie ręcznej roboty, a w Radomiu poznawaliśmy produkcję maszynową, projektowanie cholewek i przemysłowe podejście do obuwia.

Po Krakowie wrócił pan na Wybrzeże?

Tak. Zacząłem pracować we Wrzeszczu, przy ulicy Konopnickiej. Pracowałem tam 15 lat u prawdziwego mistrza. Uczyliśmy się butów oficerskich, pasowo szytych, solidnej roboty. W międzyczasie byłem jeszcze dwa lata w wojsku, a potem wróciłem do tego samego zakładu. Pracowałem tam do 1977 roku.

Zakład szewski przy Al. Niepodległości 791 w Sopocie. Fot. esopot.plI wtedy trafił pan do Sopotu?

Tak, od 1977 roku zacząłem pracować tutaj jako pracownik. Po roku zmarł mąż właścicielki. Ona prowadziła ten zakład, ale później wyjechała do córki do Kanady i przekazała mi firmę. Od tamtej pory prowadziłem ją samodzielnie.

Ten warsztat działa w tym miejscu od 1946 roku. Poprzedni właściciel nazywał się Skotak. Potem, jak wspomniałem, prowadziła go jego żona.

Czym zajmował się zakład w tamtych latach? Współcześnie szewc kojarzy się głównie z naprawą butów, ale pan mówi o szyciu nowych par.

Kiedyś robiło się przede wszystkim nowe buty na zamówienie. Męskie, oficerskie, kawaleryjskie, wysokie buty na motor. Przyjeżdżali Niemcy, zamawiali wysokie skórzane buty motocyklowe, bo różnica między niemiecką marką a naszymi pieniędzmi była wtedy duża i im się to opłacało.

Robiliśmy też buty wizytowe do mundurów marynarskich. Byli oficerowie marynarki, często Libijczycy, którzy przy promocji oficerskiej potrzebowali dwóch par: białych i czarnych. Kiedyś każdy oficer musiał mieć oficerki. Później już nie było takiego obowiązku, ale jeszcze generałowie zamawiali takie buty.

Czyli to była praca bardzo specjalistyczna.

Tak. To nie była żadna masowa produkcja. Był jeden czeladnik i ja. Robiliśmy buty na zamówienie. Ktoś przyjeżdżał, zamawiał, odbierał. Bywali też turyści. Przyjeżdżali na przykład górnicy na wczasy i kupowali tak zwane wiatrówki.

Czym były wiatrówki?

To były jasne, męskie, pełne buty, całe dziurkowane. Dobre do jasnych spodni, eleganckie, letnie. Jak w styczniu czy lutym było mniej pracy, robiliśmy kilka par na zapas. Potem przyjeżdżali wczasowicze i bardzo chętnie je kupowali.

Wspomniał pan też o butach z bardzo nietypowych skór. Jakie zlecenia najbardziej zapadły panu w pamięć?

Najbardziej pamiętam buty ze skóry węża boa. Klient przywiózł samą skórę i chciał wysokie buty do kolana, takie typu napoleonek. Nie kowbojki, tylko buty z charakterystycznym językiem, który można było zawijać u góry. Pracy było dużo. Robiłem je chyba trzy dni, od rana do wieczora. A trzeba pamiętać, że zakład był czynny, więc w międzyczasie obsługiwało się klientów.

Robiło się też buty ze skórek węży, jaszczurek, a nawet z łapek gęsi. To było bardzo delikatne, więc najpierw naklejało się taką skórę na płótno. To nie pracowało samo, tylko było jak cienka warstwa na podkładzie. Z węgorza też robiło się buty.

Dziś brzmi to niemal egzotycznie.

Bo inne były czasy. Marynarze przywozili różne skóry. Wtedy jeszcze wolno było nosić skóry, których teraz już się nie używa. Był też okres mody na wysokie buty na prawdziwym korku, szczególnie pod koniec starego systemu. Trzeba było ten korek szlifować, fasonować. To była praca, w której można było pokazać fach.

Tęskni pan za szyciem nowych butów?

Tak. Tęsknię za robotą. Przy nowych butach można było się wykazać. To było coś więcej niż naprawa. Trzeba było dobrać kształt, fason, dopasować wszystko do nogi klienta. Nawet kopyta trzeba było sobie dopiłować i wyrobić pod własny styl.

Wyjaśnijmy czytelnikom: czym właściwie jest kopyto?

Kopyto to forma, na której robi się but. Jaki kształt ma kopyto, taki kształt będzie miał but. Najpierw brało się miarę z nogi, odrysowywało stopę, mierzyło tęgości i dopiero do tego dopasowywało kopyto. Trzeba było dodać trochę długości, żeby palce nie dotykały przodu.

Często przychodzili ludzie z chorymi nogami, haluksami, opuchlizną. Wtedy trzeba było wszystko zrobić na wyczucie. But miał pasować idealnie, a jednocześnie dobrze wyglądać.

Brunon Myszk w swoim zakładzie szewskim przy Al. Niepodległości 791 w Sopocie. Fot. esopot.pl

Czy klient przychodził później na przymiarkę jak u krawca?

Przy odbiorze można było jeszcze coś poprawić: trochę poszerzyć, dopasować cholewkę, podregulować pod łydkę. Przy kozakach brało się miarę wysokości i tęgości łydki. Inaczej robi się kozaki, inaczej oficerki.

Czym różni się oficerka od buta kawaleryjskiego?

But kawaleryjski jest bardziej miękki, może się marszczyć. Oficerski musi być sztywny i bardzo dopasowany. Z tyłu ma sztywną część ze skóry, a tylko w jednym miejscu miękką, żeby noga mogła pracować. Dawniej oficer miał adiutanta do zdejmowania butów albo specjalny koziołek. Tak mocno były dopasowane.

Do oficerek robiło się też wysokie drewniane prawidła. Po zdjęciu buta wkładało się prawidło i rano but był znowu wyprostowany.

A buty jeździeckie? Sopot i okolice mają przecież swoje tradycje związane z końmi.

Takie buty też robiliśmy. Kiedyś wszystko było szyte, podeszwy były szyte albo robione na szpilki.

Szpilki, czyli nie damskie obcasy?

Nie. Szpilki to małe drewniane gwoździki. Takimi szpileczkami mocowało się podeszwy. W takim bucie nie powinno być ani jednego metalowego gwoździa. Mam jeszcze pracę dyplomową syna, gdzie wszystko jest pokazane: narzędzia, kolejne etapy, wbijanie szpilek, obróbka i wykończenie.

Pana syn też został szewcem?

Syn skończył technikum skórzane w Starogardzie, a potem Politechnikę Radomską, wydział chemii i technologii obuwia. Ma tytuł magistra inżyniera. W technikum i na praktykach uczył się głównie produkcji maszynowej, a tutaj nauczył się ręcznej roboty. Dziś to on przejął zakład, a ja jeszcze doglądam, póki mogę.

Pan także zdawał egzaminy zawodowe. Jak wyglądała wtedy taka ścieżka?

Ja miałem trzyletnią szkołę. Egzamin czeladniczy zdawało się w Izbie Rzemieślniczej w Krakowie. Trzeba było wykonać parę butów u wyznaczonego rzemieślnika, członka komisji. On kontrolował pracę, a potem był egzamin teoretyczny.

Po kilku latach, już w Gdańsku, zdałem egzamin mistrzowski. Dużo zawdzięczam mojemu szefowi z Wrzeszcza, panu Szusto. Pochodził z Białorusi i nauczył mnie prawdziwej roboty, szczególnie butów oficerskich.

Cofnijmy się jeszcze dalej. Pochodzi pan z Kaszub, prawda?

Tak, z Węsior.

To miejscowość znana z kamiennych kręgów.

Tak. Kiedy byłem młody, na wakacjach zatrudniali nas tam przy pracach archeologicznych. Przyjeżdżała pani Magda z Łodzi ze swoją ekipą i okoliczni chłopcy pomagali rozkopywać kamienne kręgi. Wszystko robiło się ręcznie. Potem były zdjęcia, dokumentacja i kamienie układano z powrotem tak, jak były.

Ciężka praca?

To było latem, w lesie, więc nie wspominam tego jako ciężkiej pracy. Człowiek był młody, można było dorobić parę złotych.

Z Węsior wyjechał pan jako bardzo młody chłopak. Pamięta pan pierwszy dzień w Krakowie?

To było wielkie przeżycie. Miałem 14 lat. Po kaszubsku rozmawiało się wtedy na co dzień, szkoła podstawowa trochę prostowała język, ale Kraków był dla mnie ogromnym miastem. Trzeba było załatwiać formalności, zaświadczenia lekarskie, rejestrować się w Izbie Rzemieślniczej, znaleźć szkołę, ośrodek zdrowia, adresy. Pierwszy raz byłem w takim mieście.

Ale poradziłem sobie. Mieszkałem u właściciela warsztatu, miałem wyżywienie. Trzy dni chodziłem do szkoły, trzy dni pracowałem w warsztacie, bo wtedy pracowało się także w soboty.

Brunon Myszk w swoim zakładzie szewskim przy Al. Niepodległości 791 w Sopocie. Fot. esopot.pl

Z którym miastem jest pan dziś najbardziej związany?

Najpierw był Gdańsk, potem Sopot. W Gdańsku pracowałem 11 lat, mieszkałem też na sublokatorce, bo trudno było o mieszkanie. Ale gdy zacząłem prowadzić zakład tutaj, najbardziej zżyłem się z Sopotem.

Jak zmieniła się moda na buty od lat 70?

Za komuny zagranicznych modeli było mało. Ludzie rzadko jeździli za granicę, ale przywozili katalogi. Przychodzili i mówili: „Panie, ja chcę takie buty”. Tylko że zdjęcie to jedno, a praktyka drugie. Nie zawsze to, co wyglądało dobrze w katalogu, wychodziło dobrze na nodze.

Często robiliśmy najpierw jedną parę próbną na wystawę, poprawialiśmy błędy i dopiero potem realizowaliśmy zamówienie.

Skąd czerpał pan inspiracje, skoro nie było internetu?

Po Nowym Roku, kiedy nie było sezonu, jechałem do Warszawy z aparatem fotograficznym. Chodziłem pod wystawami, robiłem zdjęcia i zimą przygotowywałem formy na wiosnę. Korzystało się też z żurnali. Warszawa była wtedy wzorcem.

Dlaczego dziś młodzi ludzie tak rzadko wybierają rzemiosło?

Bo to żmudna praca. Trzeba mieć zamiłowanie. Kiedyś była szkoła w Gdyni-Chyloni, ale ją zamknęli. Teraz nie ma szkoły szewskiej. Krawców i fryzjerów w cechu jest najwięcej, a szewców już praktycznie nie ma.

Czy małe rzemieślnicze zakłady mają dziś trudniej niż dawniej?

Przepisy są ciężkie. Rzemieślnik jest traktowany jak duże przedsiębiorstwo. Inspekcje, Sanepid, opłaty, ubezpieczenia, czynsze — nie ma ulg. Kiedyś był „zawód artysta” i wiązały się z tym ulgi podatkowe. Dziś tego nie ma.

My trzymamy się między innymi dlatego, że lokal należy do nas. Gdyby trzeba było płacić wysoki czynsz, byłoby bardzo ciężko.

Na ścianie w zakładzie zauważyłam zdjęcie z ówczesnym wojewodą pomorskim.

To było z wojewodą Kozłowskim, podczas jubileuszu 35-lecia mojej pracy w Ratuszu Miejskim. Izba Rzemieślnicza organizuje takie jubileusze dla osób, które długo prowadzą zakład i zasłużyły się w fachu.

Czego życzyłby pan Sopotowi na kolejne lata?

Zdrowia. Nic więcej.

A rzemieślnikom?

Żeby mieli warunki do pracy. Bo chęci i fach jeszcze się znajdą, ale bez warunków trudno prowadzić mały zakład. Rzemiosło wymaga czasu, cierpliwości i serca. Bez tego się nie da.

Dziękuję za rozmowę.Wyszła z tego piękna opowieść o Sopocie, pracy i fachu przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

__________

Zakład szewski Brunona Myszka mieści się przy Alei Niepodległości 791 w Sopocie. Warsztat jest czynny od poniedziałku do piątku w godzinach 10:00–18:00. W soboty i niedziele zakład jest zamknięty.

::addons{"type":"only-with-us","color":"black"}

::news{"type":"see-also","item":"36115"}

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu esopot.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

Sopot przekaże 18 tys. zł na wsparcie Morskiego Oddział

Oferta pożyczki – Szybko, Niezawodnie i Bezpiecznie Dzień dobry, Nazywam się Claudia Klein i jestem Dyrektorem Finansowym w Spotcap Global Financial Services. Specjalizujemy się w dostarczaniu elastycznych rozwiązań finansowych dla osób fizycznych i firm na całym świecie. Niezależnie od tego, czy potrzebujesz finansowania na potrzeby osobiste, rozwój firmy, konsolidację zadłużenia, zakup nieruchomości, czy inne projekty, z zaangażowaniem pomożemy Ci osiągnąć Twoje cele finansowe. Skontaktuj się z nami przez e-mail: [[email protected]] lub WhatsApp: +31642117819. ✔ Szybki proces składania wniosku ✔ Finansowanie dostępne w ciągu 24–48 godzin od zatwierdzenia ✔ Dostępne opcje pożyczek zabezpieczonych i niezabezpieczonych ✔ Elastyczne warunki spłaty ✔ Profesjonalna i poufna obsługa ✔ Dostępne na całym świecie Bez długich wizyt w banku i skomplikowanych procedur – po prostu proste finansowanie dopasowane do Twoich potrzeb. Aby uzyskać więcej informacji lub omówić swoje potrzeby finansowe, skontaktuj się z nami: E-mail: [[email protected]] WhatsApp: +31642117819 Cieszymy się, że możemy Ci pomóc.

Claudia Klein

14:24, 2026-06-06

Kto kupi kawałek dawnego Sopotu?

Czyli mniej niż nowe bloki w Gdyni gdzieś na wzgórzu. Sopot upadł. Nie ma chętnych, trzeba reklamować przez znajomych dziennikarzy

Realista

11:36, 2026-06-06

Marsz Równości przejdzie przez Gdańsk

I za to kocham 3miasto. Wszyscy jesteśmy równi. Jednego dnia procesja, drugiego narsz równości. Swiat jest piękny bez nienawiści i sztucznych podziałów.

M

10:07, 2026-06-06

Marsz Równości przejdzie przez Gdańsk

uciekam z miasta zeby nie ogladac tego

lal

05:32, 2026-06-06

0%