Zamknij

"Wspomnienia się nie starzeją. Sopot - miasto i ludzie." Recenzja książki - Wojciech Fułek

22:42, 11.04.2020 | J.F
Skomentuj
visit.sopot.pl (facebook)
REKLAMA

WSPOMNIENIA SIĘ NIE STARZEJĄ 

SOPOT – MIASTO I LUDZIE 

To książka o Sopocie, którego już nie ma, mieście z okruchów pamięci, z mgły, ze wspomnień – napisały we wstępie autorki, znane trójmiejskie dziennikarki. Dodałbym, że traktuje przede wszystkim o ludziach - niezwykle barwnych, nietuzinkowych, przede wszystkim artystach różnych specjalizacji, związanych nie tylko z Sopotem.

W tym gronie znalazł się pisarz-noblista, Czesław Miłosz (na sopockim cmentarzu pochowana jest jego matka) i - urodzony tu - kontrowersyjny aktor –skandalista, Klaus Kinski. Poeta Julian Tuwim, którego droga do kraju prowadziła w roku 1946 z Nowego Jorku do Warszawy przez Pomorze – od owacyjnego i tłumnego powitania w gdyńskim porcie i wizytę w zniszczonym Gdańsku, po sopocki Dom Literatów, gdzie przygotowano mu pierwszą, tymczasową kwaterę. Na powitanie autora Kwiatów polskich przyjęcie zorganizował w nadmorskim kurorcie ówczesny marszałek Michał Rola-Żymierski, co pokazuje, jak wielkie znaczenie, zapewne wtedy głównie ideologiczno- propagandowe, dla nowych władz miały powojenne powroty na „łono ojczyzny”.

W gronie bohaterów książki znaleźli się też wybitni polscy aktorzy: Henryk Bista, Władysław Kowalski, Lucyna Legut, Tadeusz Borowski, Stanisław Michalski, Andrzej Szalawski, Krystyna Łubieńska czy Adolf Dymsza. Ten ostatni do niemal niezniszczonego Sopotu przyjechał w maju 1945 roku i, wraz z bratem, Edwardem, otworzył restaurację na reprezentacyjnej ulicy Konstantego Rokossowskiego, dziś Bohaterów Monte Cassino. Chwalił się później, z właściwym sobie humorem: (…) Byłem pierwszym Adolfem , który po wyzwoleniu zameldował się w Sopocie. I przewidziałem te tłumy. Wziąłem miotłę do ręki i oczyściłem molo (…)

Nie dziwi zupełnie w tym zestawieniu obecność pisarza i reżysera, Jerzego Afanasjewa, najwybitniejszego polskiego marynisty, Mariana Mokwy, ojca polskiego komiksu (a przy okazji postaci Kajka i Kokosza) – Janusza Christy, popularnej pisarki Stanisławy Fleszarowej-Muskat czy jednego z najlepszych polskich rzeźbiarzy, Stanisława Horno-Popławskiego, który doczekał się alejki swojego imienia w nadmorskim parku uzdrowiskowym. Każda z postaci to osobna karta historii polskiej kultury i sztuki i aż żal, że nie opatrzono wydawnictwa, skrótowymi przynajmniej, biogramami. Nie zaskakuje też obecność – w duecie – Zbigniewa Cybulskiego i Bogumiła Kobieli, nie tylko aktorów (w swoim czasie związanych z gdańskim Teatrem Wybrzeże), ale i współtwórców fenomenu legendarnego Teatru Bim-Bom, który działał w Klubie Studentów Wybrzeża „Żak” w Gdańsku . Młodszym czytelnikom należy się wyjaśnienie: „Żak” w latach 1957-1999 funkcjonował w przedwojennym pałacyku Komisarza Ligi Narodów, w którym dziś obradują rajcy miejscy. To tam szlifowały się talenty wielu polskich muzyków, debiutował Czesław Niemen, narodził się pierwszy Dyskusyjny Klub Filmowy, triumfy święciły studenckie teatry: Cyrk Rodziny Afanasjeff, Cyrk Tralabomba, Teatrzyk Rąk Co To, Teatr To Tu i najsłynniejszy - Bim-Bom. Złoty okres studenckich teatrów opisał w książce Sezon kolorowych chmur wspomniany Jerzy Afanasjew, a Janusz Morgenstern utrwalił w kultowym filmie Do widzenia, do jutra. Obraz kręcono w roku 1959 w Gdańsku i Sopocie, współtwórcami scenariusza byli Bogumił Kobiela i odtwórca jednej z głównych ról (obok zjawiskowej Teresy Tuszyńskiej), Zbigniew Cybulski. W tym czasie dwójka przyjaciół mieszkała w przydzielonym z kwaterunku wielkim pokoju w kamienicy w Górnym Sopocie, o czym przypomina, umieszczona na fasadzie, pamiątkowa tablica. Zbyszek Cybulski – z inicjatywy Aliny Afanasjew, żony Jerzego – upamiętniony jest przy wejściu do sopockiego Teatru Kameralnego im. Joanny Bogackiej.

Niezorientowanych może trochę dziwić w takim zestawieniu obecność poety Mirona Białoszewskiego, młodopolskiego demona (nie tylko literackiego), Stanisława Przybyszewskiego czy wybitnego kompozytora i jazzmana, Krzysztofa Komedy, którzy z Pomorzem mniej się kojarzą, czytelnicy znajdą w książce wyczerpujące uzasadnienia ich obecności.

Nie da się wymienić wszystkich, opisanych przez autorki, postaci, ale i te przywołane chyba wystarczą, aby zachęcić do lektury. Stali czytelnicy „Dziennika Bałtyckiego” i weekendowych „Rejsów” mogą pamiętać większość tych tekstów z gazety, ale teraz otrzymują je w jednym wydawnictwie, bogato zilustrowane. Dopiero w takim „stężeniu” i z dzisiejszej perspektywy doskonale widać, jak mocne piętno na artystycznym życiu Wybrzeża po 1945 roku odcisnęli przybysze z różnych stron Polski (i świata), najczęściej pozbawieni przez historię swoich dotychczasowych małych ojczyzn. Z bogactwa indywidualnych, prywatnych opowieści autorki stworzyły wielobarwny, wielowymiarowy portret artystów na tle epoki i miasta, które przez lata było dla nich magicznym magnesem i inspiracją.

Przywołam jeszcze utrwaloną w książce postać Czesia Parasolnika, który stworzył niedościgniony wzór dla dzisiejszych performerów, kreując w socjalistycznej rzeczywistości postać ze świata absurdu i groteski. Jednoosobowy teatr uliczny w jego wydaniu ośmieszał śmiertelnie poważny ustrój, w jakim przyszło żyć Polakom po roku 1945. Brodata kobieta z warkoczami, baletnica, wesoły pielęgniarz, kolorowy clown w za dużych butach czy elegancki pan w czarnym meloniku i surducie, przypominający Chaplina wcielenia człowieka, który w latach 60. i 70. stanowił - uwiecznianą na zdjęciach - atrakcję Sopotu. Parasolnik – niewątpliwy oryginał i ekscentryk, przedwojenny cyrkowiec - kompletnie „obce ciało” w nowej rzeczywistości, zdominowanej przez ideologię i politykę, w nadmorskim kurorcie funkcjonował trochę na „wariackich” papierach. Dochodziło do zabawnych nieporozumień, kiedy na przykład, przebrany za kobietę z brodą, na pochodzie pierwszomajowym rzucał w oficjeli na honorowej trybunie bukietem czerwonych goździków. Dziś barwną postać przypomina nietypowa rzeźba na sopockim deptaku, z poetycki wers: obłoczek nadziei i kropla uśmiechu pod parasolem uszytym ze snów, przypisywany, niesłusznie, Agnieszce Osieckiej, a melonik, zwieńczający artystyczną instalację, jest ulubionym miejscem spotkań okolicznych gołębi. Aż prosi się, aby - przysiadającym na towarzyszącej rzeźbie ławeczce - umożliwić odsłuchanie piosenki Kiedy do nieba szedł Parasolnik w urokliwym wykonaniu Hanny Banaszak.

Autorki o swojej pracy piszą tak: Zbierałyśmy te okruchy rozrzucone po sopockich ulicach przez wiele lat. Chodziłyśmy po śladach, słuchałyśmy – niczego nie weryfikując, zdając się na ulotność, emocje chwili, wrażenia jedynie, czasami bardzo osobiste, wręcz intymne…

Dobrze, że takie książki powstają, bo ocalają z zakurzonych roczników gazetowych to, co najistotniejsze i nie podlega przecenie. Historie ważnych miejsc i ważnych ludzi. I wspomnienia, które – jak powiedział ktoś mądry nigdy się nie starzeją.

Recenzja książki pojawi się w gdańskim dwumiesięczniku literackim „Autograf”.

WOJCIECH FUŁEK

---------------------------

Sopot - śladami znanych ludzi, Gabriela Pewińska, Grażyna Antoniewicz, Polska Press, Gdańsk 2019

 

 

(J.F)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz