Zamknij

Sopocianka - Elżbieta Tatarkiewicz-Skrzyńska - z tytułem Człowieka Roku 2018

15:00, 11.06.2019 | J.F
REKLAMA
Skomentuj
Prezydent Sopotu Jacek Karnowski

Decyzją Kapituły „Dziennika Bałtyckiego”, prestiżowy tytuł Człowieka Roku 2018 otrzymała Elżbieta Tatarkiewicz-Skrzyńska. Sanitariuszka Powstania Warszawskiego - odznaczona za piękną lekcję patriotyzmu oraz szacunku do historii, człowieka i życia. Na uroczystości byli obecni zaprzyjaźnieni uczniowie z II LO im. Bolesława Chrobrego w Sopocie, wraz ze swoim nauczycielem Przemkiem Staroniem

 W związku z przypadającą w tym roku 30. rocznicą pierwszych częściowo wolnych wyborów, jury zdecydowało także o przyznaniu stoczniowcom nagrody „Ludzie Wolności i Solidarności”.

  • Przypominamy wywiad, którego udzieliła Pani Elżbieta Tatarkiewicz - Skrzyńska w ramach projektu Sopocianie stworzonego przez Muzeum Sopotu

Elżbieta Tatarkiewicz-Skrzyńska. Bratanica profesora Tatarkiewicza, urodzona w 1924 roku w Warszawie.

Jestem Elżbieta Skrzyńska, urodzona 1924 roku. Do 20 lat mego życia mieszkałam w Warszawie. Moją historię o Sopocie, chcę zacząć od tego, jak ja się tu znalazłam. Otóż to jest bardzo dziwna opowieść, ponieważ ludzie przeważnie przemieszczają się do określonego miejsca albo jadą gdzieś w nieznane...

Jak dotarła Pani do Sopotu?
Ojciec mój był prawnikiem. Wrócił z Rumunii, gdzie był internowany. Zwrócił się do ministra sprawiedliwości W. prosząc o pracę w wymiarach sprawiedliwości. Minister dał mu do wyboru dwa miasta: Mławę i Słupsk. Mój ojciec był osobą bardzo zdyscyplinowaną i podziękował ministrowi, uścisnął mu dłoń i szedł ku drzwiom. Kiedy miał już rękę na klamce odwrócił się i powiedział: Panie ministrze, a czy nie ma nic nad morzem? Ja tak kocham Morze. Minister odpowiedział: A proszę bardzo! Do Gdańska.
Proszę zobaczyć jak jedna chwila, pół chwili , czasem nawet sekunda potrafi zdecydować o dalszych kolejach losu - w tym wypadku losu mojego i mojej rodziny. Dlatego od 1 września 1945 roku mój ojciec objął posadę sędzi sądu okręgowego w Gdańsku i gdzieś po 15 dniach napisał do mnie, do Łodzi gdzie mieszkałam. Prosił przyjechała i dowiadywała się w urzędzie kwaterunkowym co przydziałem mieszkania. Mój ojciec był zajęty sprawami służbowymi i poprosił mnie o pomoc.Przyjechałam do niego 15 września 1945, rozejrzałam się i stwierdziłam, że to sprawa ciężka jak nie beznadziejna. Poszłam do ojca i powiedziała: tatusiu, ale mieszkanie to trzeba wyszabrować. Zapytał mnie, co to słowo oznacza a kiedy mu wytłumaczyłam, powiedział, że mam tak długo chodzić do urzędu kwaterunkowego, aż przyznają nam mieszkanie. Sprawa się rozwiązała bardzo prosto i szczęśliwie. Otóż sąd grodzki, który miał siedzibę w Sopocie wyprowadził się do górnego Sopotu i zostało nam przydzielone 3 pokojowe mieszkanie przy ulicy Rokososkiego 6. Ulica ta została oczywiście przemianowała na ulice Monte Casino. Była to zupełnie inna ulica niż teraz. Obowiązywał tam ruch kołowy, jeździły pojazdy przyznam się, że mimo to, że była to główna ulica Sopotu niczym specjalnym się nie odznaczała.


Czy Sopot nosił ślady działań wojennych?
Sopot według mnie nie był zniszczony. Był spalony dworzec, spalone Casino jako siedlisko zgniłego kapitalizmu, natomiast Grand Hotel ocalał, ale tylko dlatego, że był tam szpital sowiecki. Jakiegoś znaczącego zniszczenia miasta nie było widać.
Jaka atmosfera panowała w Sopocie?
Ludzie, którzy tu przyjechali to byli ludzie z różnych środowisk, no mnie utkwiło w pamięci to, że do tutejszej akademii medycznej przyjechali wspaniali profesorowie z Wilna. Ludzie przybyli z różnych stron. Gdyby ktoś zapytał mnie, jakie panowały między nami stosunki, to powiedziałabym, że nie było jako takiego kontaktu. Każdy dbał o siebie, ludzie byli spokojni i po prostu szczęśliwi, że przeżyli wojnę. Nigdy nie byłam świadkiem drastycznych scen, to było miasto bardzo spokojne i ciche. Nie było natomiast sklepów, brakowało żywności... Tam, gdzie teraz znajduje się Alma prosperował ryneczek, i tam się chodziło po jedzenie przywiezione ze wsi. Te kłopoty żywnościowe nie przeszkadzały dyrektorowi Teatru Wybrzeże, Panu Gąsowskiemu w założeniu stołówki dla swoich aktorów. Pracowałam tam nawet, później przekształciło się to w restauracje. Grała orkiestra, ludzie przychodzili na dancingi, bardzo elegancki lokal. Był on otwarty do godziny 12.00 a później co wytrwali lecieli do Casina , które znajdowało się z Grand Hotelu.


Czy uważa Pani, że w Sopocie są jakieś wyjątkowe miejsca?
Sopot posiada dwa miejsca, które rzeczywiście mają jakieś większe znaczenie. Do tych kultowych miejsc należy molo i Grand Hotel. Na molo chodziło się i chodzi zawsze natomiast Grand Hotel to był hotel ekskluzywny. Przyjeżdżali ludzie z Warszawy, bardzo elegancko ubrani. Pamiętam, że panowała wtedy bardzo specyficzna moda - panie nosiły sukienki bombki, które były na takich drutach to były takie suknie za kolana, bardzo wytworne. Także Grand Hotel był miejscem kultowym.
Codziennie, o godzinie 17.00 odbywały się tak zwane fajfy w kawiarni, grała dyskretna muzyka i to wszystko miało taki charakter. Ale były również lokale typowo rozrywkowe. Jednym z nich było miejsce o nazwie Non-stop, znajdowało się niedaleko muzeum Sopotu. Był tam taki placyk, biały namiot grała młodzieżowa orkiestra a reszta tańczyła. Chodziłam tam ze stryjem Tatarkiewiczem, który uwielbiał takie imprezy. Naturalnie, staliśmy sobie z boczku lub siedzieli. Ale Sopot nie jest tylko miastem rozrywkowym! Bardzo wcześnie powstała Wyższa Szkoła Ekonomiczna. To jest taki stary budynek przy ulicy Armii Krajowej, po lewej stornie jak się patrzy na uniwersytet. Powstała również Wyższa Szkoła Sztuk Pięknych, miała swoją siedzibę na Obrońców Westerplatte. Był tez zaczątek filharmonii. Gdzie odbywały się orkiestry symfoniczne a było to w tej niewielkiej skromnej sali jak się idzie ulica Chopina, schodzi się na dół, po prawej stornie zaraz za ulica Sobieskiego . Teraz jest tam mała salka, ale odbywały się tam piękne koncerty! No i oczywiście powstały szkoły.
Sopot był i nadal jest zielonym miastem. Byłam zaproszona przed wojną, jako 12-13 letnia dziewczynka zostałam zaproszona przez rodzinę Wedlów, z która się przyjaźniliśmy , zaprosili mnie do Juraty. Matka mojej przyjaciółki zawiozła nas do Gdyni i do Sopotu, niestety nie do Gdańska. Co mnie wtedy jako tę młodą dziewczynę "uderzyło"? Zieleń! Sopot tonął w zieleni. To było na prawdę wspaniałe i to zostało w mojej pamięci, ponieważ wcześniej widziałam Gdynię, w której była tylko ulica Świętojańska z wieloma cudownymi, nowoczesnymi, białymi domami. Niestety nie zawieziono mnie do Gdańska, ponieważ bardzo ubolewałam nad tym jak bardzo został zniszczony.
Wychodząc poza 1948. Jeżeli chodzi o komunikacje miejską. To pracowałam w Gdyni, ale mieszkałam w Sopocie, więc musiałam codziennie tam dojeżdżać. Jeździłam prawdziwymi pociągiem parowym z lokomotywa tuwimowską , nie było wtedy linii Skm. Została uruchomiona pierwsza kolejka do Gdyni a dwa lata później w stronę Gdańska.
Ja jednak bym chciała, skoro już jestem przy głosie. Ja jestem z Warszawy. Jestem bardzo związana uczuciowo z Warszawą, ale cieszę się, że mieszkam w Sopocie, bo tu jest na prawdę pięknie. Wspaniałe miejsce jeśli chodzi o Polskę to Trójmiasto - zestaw trzech, zupełnie różnych miast. Jestem na prawdę szczęśliwa, ponieważ całe moje życie się tu odbywało i odbywa jeszcze. Kiedy kilka lat temu przeprowadzałam się moja siostra zaproponowała mi, żeby przeniosła się do Gdyni, ale ja nie chciałam się na to zgodzić, nie opuszczam Sopotu, można powiedzieć , że jestem jego entuzjastką!
Na początku mieszkałam na Obrońców Monte Casino, ten dom, budynek dalej istnieje. Tam jest i było mieszkanie na pierwszym piętrze. Myśmy się nie mogli przez jakiś czas przyzwyczaić do biegu pociągów, ponieważ był to odcinek pomiędzy aleją Niepodległości a torami kolejowymi.


Co Pani robiła w tym czasie w Sopocie?
Na początku pracowałam w lokalu dyrektora Gąsowskiego. Był on niesłychanie miłym człowiekiem. Zatrudniał osoby z inteligencji wtedy pracującej, żeby pracowali tam "sami mili panowie i panie". Ja obsługiwałam tam expres, czyli pracowałam na barze. Poznałam wielu ludzi, którzy przysłowiowo wypłakiwali się przy kieliszku.
Pojechałam do stryja do Krakowa, gdzie studiowałam w studium spółdzielczym, ale nie ukończyłam go, ponieważ bardzo tęskniłam dla rodziców. Skończyłam kurs dla sekretarek - maszynopis, scenografia... Kiedy wróciłam do Sopotu , zaangażowałam się jako sekretarka. Otóż to było takie biuro spółdzielcze, dyrektorem była oczywiście osoba partyjna, napisałam swój życiorys jednak dyrektora w tym czasie nie było. Było tam mało osób, pracowało może 5? Była księgowa, starsza Pani, powiedziałam jej, że napisałam, życiorys. Stwierdziła, że mogę jej to oddać. Położyłam na biurku, zerknęła na niego i bez słowa podarła go na kawałki. Byłam przerażona! Zapytał: Proszę Pani coś się stało, czy coś jest nie tak? Odpowiedziała: Jak to? Pani się przyznaje, że pani była w Armii Krajowej, że pani uczestniczyła w powstaniu? Proszę Pani, tych rzeczy nie można pisać! Niech Pani słucha starszej , doświadczonej osoby. - Ale proszę Pani to są najbardziej ideowe okresy w moim życiu - Rozumiem, jednak nie można takich informacji zawierać z życiorysie. No i jej posłuchałam. Pominęłam milczeniem ten okres warszawski, więc miałam w pewien sposób spokój. Po roku czasu, kiedy pełniłam funkcję sekretarki, dwa biura spółdzielcze się połączyły i powiedziano mi, że z tamtego biura jest przedwojenna doświadczona sekretarka i albo przejdę do księgowości albo stracę pracę. Ah! Ja? Humanistka? Płakałam całą noc. Ale musiałam się zdecydować, ponieważ w 1947 roku zmarł mój ojciec i utrzymywałam całą rodzinę. Moja matka była wtedy słabego zdrowia, siostra się uczyła i poszłam do tej księgowości nie mając zielonego pojęcia, ja byłam humanistką, w szkole miałam z ledwo 3 z matematyki (śmiech). Ale zaczęłam tam pracować bo pracować musiałam. Proszę sobie wyobrazić , że tam głównym księgowym był Poznaniak. Dostrzegł jak skrupulatnie pracuje i wysłała mnie na szereg możliwych kursów. Proszę sobie wyobrazić , że ja w późniejszych latach zostałam instruktorem rachunkowości, pracowałam 34 lata nie zmieniając pracy. Wykładałam nawet dla młodych adeptów w stowarzyszeniu księgowych. Jak to życie samo pisze scenariusz...


Jakie wydarzenia z tego okresu były dla Pani wyjątkowo ważne?
Życie jest ważne. To bardzo trudno określić. Cóż, opowiem wobec tego anegdotę. Moja siostra ukończyła medycynę z niesamowitym obciążeniem: należała do inteligencji pracującej, była harcerką i ukończyła szkołę urszulanek. I zdawała na medycynę za okresu stalinizmu. Została przyjęta i zakończyła studia z druga lokatą. Kiedy po latach spytała się członka komisji, która decydowała o przyjęciu na studia odpowiedziała: tak dobrze zdałaś egzamin, że nie mogliśmy Cię nie przyjąć. I została lekarzem. Mimo ukończenia studiów z drugą lokatą została przydzielona do szpitala w Elblągu. Szpital w tamtych czasach to było coś strasznego, tam było okropnie. Ja została z moją mamą i dobrze mi się z nią żyło. Jeden z adoratorów powiedział mi, że jeśli dalej będę czytać tyle książek, to nigdy nie wyjdę za mąż. I rzeczywiście, to mi groziło! Nawet mój stryj Tatarkiewicz, który się wreszcie zaniepokoił , że będę starą panną. Zapytałam go no ale stryju, jaki ten mąż ma być? Odpowiedział: ma być dobry, ma być z przyzwoitego domu, ma być dobrego domu i ma być przystojny. Pamiętaj, w tej kolejności!
Wtedy to był dla mnie szok, stryj uczony i inteligencja na 3 miejscu? Ale jakie to było prawdziwe i życiowe. Posłuchałam i za Skrzyńskiego wyszłam. I dobrze na tym wyszłam.


Jakie ma Pani przyjemne wspomnienia w kontekście w Sopocie?
Nie wiem. Żyło mi się spokojnie, dobrze. Bardzo przebolałam śmierć mego ojca. Jakoś sobie dawałam rade pracując. Sprzedawałam wtedy swoje urlopy, żeby móc pracować, ale nigdy nie traktowałam tego jako ciężar życia.
Co było najtrudniejsze w tamtych czasach?
No, jednak walka o byt. Można tak to określić. Trudności dotyczące utrzymania się. Nie było żadnych dobrych posad.
Co było powodem do strachu lub radości?
Życie. Albo się człowiek czasem boi albo raduje. Ja jestem zwolenniczką złotego środka. Żadnych krańcowości, żadnych euforii radosnych ani paraliżującego strachu. Nad wszystkim trzeba panować.


Czy ma Pani z tego okresu jakieś pamiątki?
Niestety nie mam.
Jak wyglądały w tamtym czasie miejsca: Molo, Kościół Św. Jerzego, Monciak?
O Monciaku już wspominałam, była to zwykła szara ulica. Kościół Św. Jerzego nie zmieniony od początku aż do dziś. Molo jak zwykle nieśmiertelne.

A co działo się na sopockich plażach?
Mało chodziłam na plażę, ale ludzie przyjeżdżali w sezonie. Sopot stał się miejscem, które było bardzo chętnie odwiedzane przez turystów. Szczecin, Wolin, Świnoujście? Mało osób się tam zapuszczało.

Jak poruszano się po Sopocie?
Pociąg parowy to raz, a potem kursował taki autobus numer 101 z Gdańska do Gdyni. Zawsze był pełen. Teraz kiedy mieszkam w Sopocie połączenie z Gdynią jest bardzo dobre. Gorzej jeżeli chodzi o przejazd do Gdańska.

Czy w Sopocie było dużo samochodów?
Nie wiem, pewnie mało.
Czy istnieją jakieś wyjątkowo ważne miejsca których już nie ma?
Według mnie nie, wydaje mi się, że Sopot mi się rozwijał i nie likwidowano żadnych miejsc. Wręcz przeciwnie. Secesyjne kamieniczki są odrestaurowywane.
 

  • *Praca konkursowa - Karol Adamowicz, Dominika Cobel, Piotr Woźniak, II Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Chrobrego w Sopocie  
  • Dofinansowano ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach Programu Patriotyzm Jutra.  Zrealizowano przy pomocy finansowej Miasta Sopotu.
  •  udostępnione na licencji CC-BY
  • źródła: Sopocianie - Muzeum Sopotu - http://sopocianie.muzeumsopotu.pl/relacja/el%C5%BCbieta-tatarkiewicz-skrzy%C5%84ska-relacja 

zdjęcie: facebook - Prezydent Sopotu Jacek Karnowski 

(J.F)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© esopot.pl | Prawa zastrzeżone