Zamknij

Wspomnienia mieszkańców - Maciej Foltyn o Sopocie z dawnych lat

18:32, 15.07.2019 | J.F
REKLAMA
Skomentuj
zbiory Muzeum Sopotu / plaża lata 50.

W ramach projektu "Sopocianie" dla Muzeum Sopotu, Pan Maciej Foltyn podzielił się swoimi wspomnieniami z lat dzieciństwa i młodości. Oto fragment jego zapisków, w których opowiada o czasach, gdy po głównej ulicy nie jeździły nawet samochody, o lodach Mewa, plaży i ekstremalnej jeździe na wrotkach po Monciaku. 

Są to migawki o Sopocie. O niektórych miejscach lub ludziach, o międzynarodowym charakterze i aspiracjach małego miasteczka o wielkomiejskim klimacie, o walce z sąsiadami, Gdańskiem i Gdynią o przetrwanie, o upartym ‘zadzieraniu nosa’ i ‘snobizmie’ który często inspirował i był natchnieniem do działania na miejską lub międzynarodową skalę.

Od urodzenia mieszkałem w małym miasteczku, gdzie po głównej ulicy nawet samochody nie jeździły. Najpierw na Marszałka K. Rokossowskiego, a potem na Bohaterów Monte Cassino, a to za sprawą zmiany nazwy tak zwanego ‘Deptaka’. Teoretycznie miasto Sopot dzieli się na Górny i Dolny, ale wydaje mi się, że właściwie to powinno być; Górny Sopot, Dolny Sopot i Monciak.

Górny i Dolny Sopot to były jakby inne światy. W kamienicach i rybackich domkach mieszkało wtedy jeszcze trochę Niemców i autochtonów, czasami słyszało się język niemiecki kaszubski na ulicach i w sklepach. Zaczęło to bardzo szybko zanikać pod koniec lat pięćdziesiątych. Kilkoro dzieci w klasie miało niemieckie nazwiska, ale dla nas to nie miało żadnego znaczenia. Oczywiście nie mieliśmy zielonego pojęcia o nieomylnej polityce Partii Państwa i po prostu dziwiliśmy się, że niektórzy znajomi jakoś w niewytłumaczalny sposób znikali z miasta.

Górny Sopot zawsze imponował przestronnymi willami, zadbanymi ogródkami i majestatycznymi drzewami. Można było podziwiać wspaniałe magnolie, jaśminy, forsycje czy bzy w ogródkach przed domami. Zachwycały niespodziewane wieżyczki, sztukaterie i rzeźby, a po zmroku w niejednym domu wielokolorowo świeciły witraże. Gdy my cisnęliśmy się w bzdurnie podzielonych na wiele rodzin wspaniałych amfiladowych mieszkaniach, nasi koledzy czy koleżanki mieli na przykład cały pokój wyłącznie dla siebie.

W moim odczuciu Górny Sopot był spokojniejszy, jakby bardziej nostalgiczny i kameralny, istniały rozliczne więzi pomiędzy mieszkańcami z tej samej lub pobliskich ulic, czego w Dolnym Sopocie już brakowało, w kamienicach sąsiedzi nawet z tej samej klatki schodowej rzadko się znali, przeważnie mijali się bezosobowo na ulicy, ginęli w tłumie kuracjuszy i turystów.

Monciak

Tak jak Sopot jest w Trójmieście miastem wyjątkowym, tak Monciak nie może być zaliczany do ‘jednej z ulic’ Sopotu. Nawet kiedy jeszcze jeździły po nim wozy konne, samochody i ciężarówki, to piesi notorycznie wychodzili na jezdnię i beztrosko maszerowali całą jej szerokością. Nie było to zbyt wygodne, bo jezdnia wybrukowana była ‘kocimi łbami’, a granitowe krawężniki raczej wysokie. Dla dziewczyn i kobiet na obcasach, szczególnie po deszczu, to nie był spacer deptakiem, a walka o życie. Kiedyś zjechałem na świeżo dostanych wrotkach o metalowych kółkach po tych kocich łbach od placu przed kościołem prawie do Bieruta (dzisiaj Haffnera) bo nie umiałem zahamować, cud że przeżyłem. A hałas jaki narobiłem, zdumienie i strach w oczach niewinnych przechodniów – bezcenne.

Mieszkanie na Monciaku było zarazem interesujące i uciążliwe. Oczywiście cokolwiek się wydarza w Sopocie ‘musi’ się wydarzyć na Monciaku. Tak więc defilady, pochody, promocje, studenckie juwenalia przeważnie staczały się z górki i rozpływały w okolicach molo i Domu Zdrojowego. Jednym z nielicznych wyjątków pod tym względem był Pochód Pierwszomajowy, który formował się koło mola i maszerował pod górę. Cała ulica wyglądała niezwykle kolorowo z transparentami i pękami flag (według rozdzielnika 3 czy 4 do jeden czyli 3-4 czerwone flagi na 1 biało-czerwoną). Uczniowie wszystkich szkół i pracownicy urzędów i zakładów gromadzili się koło fontanny z amorkami przy molo a potem, grupami, po kolei wymaszerowywali na Monciak. Największym przebojem pochodu była zawsze kawalkada jeźdźców z Wyścigów. Mój brat był jednym z nich co miało tę wadę, że nie mógł uciec z pochodu. Chyba także 1. maja otwierała się na sezon lodziarnia Milano. ‘Prawdziwe’ włoskie lody i niesamowite kolejki. Oczywiście najlepsze były lody malaga albo waniliowe. Konkurowała z nią lodziarnia Capri na Monciaku u wylotu Bieruta, ale w niej kupowali lody tylko przyjezdni, prawdziwi koneserzy (czytaj tubylcy) uznawali wyłącznie Milano.

Natomiast procesje na Święto Bożego Ciała formowały się przed kościołem Św. Jerzego i dostojnie schodziły w dół, czasami do końca Monciakiem, czasami skręcając w Winieckiego. W ten dzień otwieraliśmy okna na całą szerokość, wywieszaliśmy dywan z przypiętym świętym obrazem, wstawialiśmy kwiaty do wazonów i na przekór czasom zatykaliśmy po obu stronach biało-czerwone chorągwie. Bardzo dużo okien na trasie procesji było tak przybranych.

Z drugiej strony w czasie sezonu tabuny ‘stonki’, grupy podchmielonych marynarzy, przerażająca muzyka dancingowa z lokali na Monciaku, wrzaski i ‘śpiewy’ do bladego świtu nie ułatwiały życia stałym mieszkańcom.

Ale miasto i deptak zmieniały się i jakby łagodniały po sezonie. To były magiczne hasła; ‘w sezonie’ i ‘po sezonie’. W sezonie wiele ekscesów było tolerowanych na zasadzie, że przyjezdni muszą się dobrze zabawić. Międzynarodowe imprezy, koncerty, spektakle, unikatowe wystawy, wyścigi i regaty odbywały się prawie bez przerwy. Ale za to ‘po sezonie’ miasto jakby wracało do swojego dawnego nastroju i przedwojennego uroku i właściwie dopiero wtedy było naszym miastem.

Władze miasta nigdy nie miały ‘pomysłu’ na Monciak. Dawna Rokossowskiego to była urokliwą brukowaną ulicą, wysadzaną lipami, z żeliwnymi gazowymi latarniami zapalanymi o zmierzchu,o miłej atmosferze i przytulnej skali. Po obu stronach kawiarnie, sklepy, księgarnie, dwie cepelie, kina, teatr, ciastkarnie, restauracje, bary i knajpki. Czasami trochę siermiężne, ale wiele rzeczy takie wtedy było. Pierwszą rewolucją był zakaz ruchu pojazdów na Monciaku – przyjęty entuzjastycznie przez wszystkich. Niestety były inne, znacznie mniej popularne decyzje jak usunięcie lamp gazowych, wycięcie większości drzew po południowej stronie ulicy, czy wyłożenie całej jej szerokości i długości paskudnymi betonowymi płytami, które kruszyły się i pękały ‘od nowości’. Podobno to było wielkie osiągnięcie. Potem przyszły także przerażające ‘plomby’ jak na przykład ‘Alga’ czy później okrąglak koło kościoła, a niedawno nowa siedziba PKO. O zabudowie Placu Przyjaciół Sopotu i haniebnym tunelu lepiej nie mówić.

Plaża

Sopot w lecie to dla nas przede wszystkim plaża. ‘Szło się’ na plażę już z samego rana, tuż po śniadaniu, bo trzeba było się śpieszyć, żeby ‘stonka’ nie zajęła najlepszych miejsc przy wydmach. Oczywiście prawdziwi sopocianie dzielili się na tych, którzy zawsze chodzili na plażę na Łazienki Północne i na tych co woleli Łazienki Południowe (zupełnie nie wiadomo dlaczego). Mocno denerwujące były ogrodzone siatkami grand-hotelowska i inne płatne plaże. Trzeba było dość daleko iść zanim można było wejść na piasek i nad brzeg morza. Poza tym płatne plaże przeszkadzały w swobodnym spacerowaniu wzdłuż brzegu.

Do pójścia na plażę trzeba było się starannie przygotować i zawczasu wymyślić co będziemy robili. Właściwie to rzadko spędzaliśmy czas na opalaniu się, przeważnie graliśmy w piłkę, czasami w kometkę (badminton), chodziliśmy na spacery brzegiem do Orłowa, po sztormie szukaliśmy bursztynów i oczywiście dużo czasu spędzaliśmy w wodzie, a dla nas największą radością były w niedziele zapasy na piasku z ojcem.

Do tego na plaży były strumyki. Nawet zwykliśmy umawiać się na przykład przy drugim czy trzecim strumyku. Taki strumyk należało natychmiast zatamować i utworzyć jak największy zalew. Polowaliśmy na małe rybki ‘kolki’ albo organizowaliśmy wyścigi łódek. Mogły być żaglowe, nakręcane na kluczyk, na koło rozpędowe, na silniczek elektryczny, a nawet kiedyś dostaliśmy blaszane motoróweczki na coś w rodzaju silniczka pulsacyjnego ze świeczką, którą trzeba było podstawiać pod malutki kociołek. Kiedyś brat wywołał furorę modelem okrętu żaglowego, który mógł wystrzelić z miniaturowych armat.

Po plaży chodzili chłopcy z białymi skrzynkami i krzyczeli; ‘lody mewa’ albo ‘lody kalipso’. Strumyki po kilku godzinach przerywały wszystkie wały i umocnienia i płynęły do morza, a my bawiliśmy się już w coś innego. Z biegiem lat ocembrowano je betonowymi kręgami, a teraz to już po nich i śladunie ma, bo ich ujścia są dziesiątki metrów w głąb morza.

Na płatnych plażach królowali wszechmocni ratownicy, którzy w pogodny dzień mogli wywiesić czarną flagę i nikomu nie wolno było się kąpać ‘pod groźbą’, były też obiekty naszych westchnień czyli wypożyczalnie sprzętu pływającego. Trzeba było mieć co najmniej siedem lat, kartę pływacką i całą furę pieniędzy (jak dla nas). Najbardziej popularne były kajaki, w miarę szybkie, kolorowe i bezpieczne, potem bardziej rodzinne rowery i na końcu moje ulubione canoe, z którymi nikt nie wiedział co robić. Tym bardziej, że wiosłowało się wiosłami do kajaków, tylko nieliczni szczęśliwcy dostawali wiosła składane i po ich rozdzieleniu mogli udawać prawdziwych Indian.

Plażowicze używali oczywiście wiele innych ‘sprzętów pływających’ jak duże piłki, pontony czy materace dmuchane. Problemy zaczynały się, gdy przy nawet słabym wietrze od lądu te wszystkie ‘okręty’ zaczynały wypływać na szerokie wody. Czasami wbrew wszelkiemu rozsądkowi, przeważnie przyjezdni, z uporem maniaka uczepiali się swoich ‘pływadeł’ i wiatr wywiewał ich daleko od brzegu. Ratownicy krzyczeli, błagali, gwizdali – zazwyczaj nadaremnie. Wyższą instancją byli milicjanci na szarych motorówkach patrolujący wody za czerwonymi bojami, którzy mogli oskarżyć dryfujących rozbitków o usiłowanie ucieczki na np. materacu dmuchanym do Szwecji. To nie żarty, kiedy byliśmy w przedszkolu na Wybrzeżu był zakaz przebywania na plaży w nocy,a niektóre odcinki piasku były każdego wieczoru pieczołowicie grabione zgodnie z hasłem ‘szpieg wyszedł z morza’.

W zimie plaża wcale nie pustoszała, wiele rodzin chodziło brzegiem na spacery, szukając różnych dziwnych rzeczy wyrzucanych przez sztormy. Oczywiście w czasie mroźniejszych zim, kiedy Zatoka zamarzała, wielu ludzi bez wyobraźni wychodziła daleko na lód, co czasami kończyło się tragediami. Kra na zatoce często spiętrzała się na plaży w istne wały i góry lodowe, po których uwielbialiśmy biegać i skakać, co często kończyło się wpadnięciem do wody – całe szczęście, że nie mieliśmy daleko do domu.

[ZT]2440[/ZT]

Treści udostępnione na licencji CC-BY

http://sopocianie.muzeumsopotu.pl/relacja/maciej-foltyn-relacja
 

(J.F)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

Komentarze (1)

JoannaJoanna

1 0

Cudowne wspomnienia! 00:27, 16.07.2019

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
© esopot.pl | Prawa zastrzeżone